Unia Europejska w 2024 roku postawiła celną zaporę przed chińskimi autami elektrycznymi, ale producenci z Państwa Środka znaleźli sposób, by ją obejść. Zamiast płacić wysokie cła, masowo budują i przejmują fabryki na terenie Unii. Co więcej, lokalne władze w Hiszpanii, na Węgrzech czy we Włoszech same zabiegają o te inwestycje, oferując dotacje, ulgi podatkowe i dostęp do taniej energii. Jak wynika z raportu organizacji Transport & Environment (T&E), od września 2023 roku ogłoszono plany budowy dziesięciu nowych zakładów.
Hiszpania i Węgry liderami wyścigu
O chińskie fabryki najintensywniej rywalizują Hiszpania i Węgry. W Hiszpanii do walki stanęły regiony takie jak Katalonia, Aragonia, Nawarra i Galicja. Każdy z nich przygotowuje własne pakiety korzyści i upraszcza procedury administracyjne. Przykładem niech będzie wart 400 mln euro projekt HiTHIUM w Aragonii, który ma dać pracę około tysiącu osób. Katalonia postawiła na Chery – chińska marka wskrzesiła dawną fabrykę Nissana pod Barceloną, gdzie docelowo ma powstawać 150 tysięcy samochodów rocznie. Galicją zainteresowany jest koncern SAIC, a w Walencji swój projekt rozważa Geely. Z kolei Stellantis w swoich hiszpańskich zakładach uruchomił już produkcję modeli Leapmotor.
Jeszcze odważniej działają Węgry. Tutaj podstawowa stawka podatku CIT wynosi zaledwie 9%, a państwo dorzuca dodatkowe wsparcie dla inwestycji w słabiej rozwiniętych regionach. Efekt? BYD stawia fabrykę samochodów w Szeged, a gigant bateryjny CATL realizuje w Debreczynie projekt o wartości 7,3 mld euro. Sam zakład CATL ma zająć 221 hektarów i zatrudnić około 9 tysięcy osób.
Ostrożniejsze Niemcy i Francja
Nie wszystkie europejskie potęgi gospodarcze biją się o chińskie fabryki. Francja stawia warunek – inwestycja ma przynosić korzyść lokalnym przedsiębiorstwom, najlepiej poprzez wykorzystanie istniejących zakładów i łańcucha dostaw. Z kolei Niemcy obawiają się, że chińska konkurencja jeszcze bardziej pogłębi problemy rodzimych gigantów, takich jak Volkswagen, BMW i Mercedes. Mimo to nie zamykają drzwi, jeśli chińskie fabryki pomogłyby utrzymać miejsca pracy w przemyśle.
Konsekwencje dla unijnych ceł
Powstaje tu paradoks. Bruksela nałożyła cła, by chronić europejskich producentów przed tańszymi autami z Chin. Jeśli jednak chiński koncern wyprodukuje samochód na terenie UE, automatycznie omija cło na gotowy pojazd. W praktyce oznacza to, że europejskie regiony mogą dotować te same firmy, przed którymi Unia starała się bronić.
Raport T&E podaje konkretne prognozy. Do 2033 roku chińskie fabryki w UE mogą produkować nawet milion aut rocznie – z czego około 700 tysięcy stanowiłyby elektryki, a reszta to auta spalinowe i hybrydy. Największy wzrost produkcji ma nastąpić w latach 2026–2027. Wśród producentów największy udział – sięgający 46,2% – będzie miał BYD. Na drugim miejscu znajdzie się Chery Group z 22,4%, a trzecie miejsce zajmie Leapmotor z wynikiem 13,6%.
Mimo tych inwestycji chińskie fabryki w Chinach wciąż będą kluczowym dostawcą na europejski rynek. Według T&E, w 2035 roku import aut chińskich marek do UE może sięgnąć 850 tysięcy sztuk, podczas gdy w ubiegłym roku wyniósł 350 tysięcy. Łączna sprzedaż chińskich marek w Unii sięgnęła już 550 tysięcy aut.
Walka o technologie, nie tylko o miejsca pracy
Choć chińskie fabryki przynoszą miejsca pracy i wykorzystują istniejącą infrastrukturę, pojawia się obawa, że do Europy trafią głównie montownie, podczas gdy zaawansowane badania, rozwój i produkcja kluczowych komponentów pozostaną w Chinach. Właśnie dlatego coraz częściej mówi się o konieczności uzależnienia publicznych dotacji od konkretnych zobowiązań – udziału lokalnych części, zatrudniania europejskich inżynierów czy rzeczywistego transferu technologii.
Bez wspólnych unijnych zasad rywalizacja między państwami członkowskimi o chińskie miliardy będzie się tylko zaostrzać, a warunki dla inwestorów stawać się coraz korzystniejsze.









