Blog

  • Hakerzy biorą na cel ładowarki EV. Cyberatak może sparaliżować sieć i ukraść dane

    Hakerzy biorą na cel ładowarki EV. Cyberatak może sparaliżować sieć i ukraść dane

    Publiczna ładowarka samochodu elektrycznego to dziś coś więcej niż zwykły dystrybutor prądu. To skomplikowane, sieciowe urządzenie, które nieustannie wymienia dane z pojazdem, systemami płatności oraz chmurą operatora. Specjaliści od cyberbezpieczeństwa alarmują: przejęcie nad nim kontroli grozi kradzieżą danych, unieruchomieniem punktów ładowania, a w ekstremalnych sytuacjach – nawet próbą destabilizacji sieci energetycznej.

    Jak haker może sparaliżować stację?

    Współczesne ładowarki korzystają z rozbudowanego ekosystemu cyfrowego – od oprogramowania, przez interfejsy API, po protokoły komunikacyjne. Naukowcy podkreślają, że słaby punkt może czaić się zarówno w samej stacji, w aplikacji operatora, jak i na zdalnych serwerach. Do najczęstszych zagrożeń należą ataki uniemożliwiające korzystanie z usługi (DoS), przechwytywanie wrażliwych informacji oraz technika man-in-the-middle, w której przestępca podmienia dane przesyłane między ładowarką a centrum zarządzania.

    Brak systematycznych aktualizacji oprogramowania sprawia, że starsze modele stają się łatwym łupem. Przestępca może zdalnie wyłączyć całe grupy urządzeń jednego operatora. Na celowniku znajdują się także dane finansowe użytkowników oraz informacje o ich położeniu. Coraz popularniejszym trikiem jest naklejanie fałszywych kodów QR na legalne oznaczenia – kierowca, skanując kod, trafia na stronę podszywającą się pod operatora.

    Furtka do wnętrza samochodu

    Niebezpieczeństwo nie kończy się na stacji. Przewód ładujący pełni podwójną rolę – dostarcza energię, ale też umożliwia przepływ danych między autem a infrastrukturą. Mimo że protokół ISO 15118 zakłada szyfrowanie i certyfikaty, każde ogniwo łańcucha jest tak mocne, jak jego najsłabsze połączenie. Błąd w implementacji kryptografii lub nieprawidłowe zarządzanie certyfikatami może pozwolić hakerowi na ingerencję w oprogramowanie pojazdu.

    V2G – stawka rośnie

    Technologia dwukierunkowego ładowania Vehicle-to-Grid (V2G) – pozwalająca EV oddawać energię z powrotem do sieci – zmienia reguły gry. Według doniesień „Rzeczpospolitej”, niemiecki Federalny Urząd ds. Bezpieczeństwa Informacji (BSI) ostrzegł, że skoordynowany atak na tysiące takich urządzeń mógłby wywołać blackout. W hipotetycznym scenariuszu hakerzy zmuszają auta do jednoczesnego poboru lub oddania gigantycznej mocy, co destabilizuje system elektroenergetyczny.

    Maciej Wapiński, rzecznik Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE), przyznaje, że V2G zwiększa podatność, ale zwraca uwagę na rozproszenie zasobów. W jego opinii decentralizacja decyzji dzięki mechanizmom rynkowym – dynamicznym cenom energii czy rynkom elastyczności – może ograniczyć skutki ewentualnego włamania do jednej platformy. PSE zapewnia, że polski system posiada automatyczne zabezpieczenia zdolne zrównoważyć nawet nagły, sztucznie wywołany skok obciążenia.

    EU bierze sprawy w swoje ręce

    Bruksela odpowiada na zagrożenia Cyber Resilience Act. Nowe przepisy wymagają od producentów wbudowywania bezpieczeństwa już na etapie projektowania – dokumentowania komponentów, zarządzania podatnościami przez cały cykl życia produktu oraz natychmiastowego reagowania na incydenty. Za zlekceważenie regulacji grożą kary w wysokości 15 mln euro lub 2,5% rocznego obrotu firmy. Obowiązki obejmują nie tylko wytwórców sprzętu, ale też dostawców oprogramowania i operatorów.

    Głos z rynku: bezpieczeństwo ma swoją cenę

    Maciej Gis, dyrektor w Polskim Stowarzyszeniu Nowej Mobilności (PSNM), podkreśla, że metoda autoryzacji AutoCharge (oparta na numerze MAC pojazdu) budzi obawy o ochronę transakcji. Z kolei Plug & Charge, choć bezpieczniejszy, wiąże się z wysokimi kosztami i złożonością informatyczną, co stanowi barierę zwłaszcza dla mniejszych graczy.

    Leszek Cieloch z Polskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Motoryzacyjnych tonuje obawy. – Raport BSI nie wskazuje, że samochody elektryczne są niebezpieczne. Pokazuje raczej, że infrastruktura ładowania staje się częścią infrastruktury krytycznej – wyjaśnia.

    Orlen, operator sieci Orlen Charge, deklaruje, że cyberbezpieczeństwo jest dla niego priorytetem. Firma zapewnia, że stacje i systemy centralne są projektowane i utrzymywane zgodnie z wewnętrznymi standardami bezpieczeństwa IT, a infrastruktura jest stale monitorowana pod kątem nietypowych aktywności.

    Jak chronić się jako kierowca?

    Eksperci radzą przestrzegać ograniczonego zaufania. Przed użyciem kodu QR sprawdź, czy nie został naklejony na oryginalne oznaczenie. Płatności wykonuj wyłącznie przez oficjalną aplikację operatora. Jeśli na ekranie stacji pojawi się podejrzany komunikat, a obudowa nosi ślady ingerencji – lepiej zrezygnować z ładowania. Równie ważne jest regularne aktualizowanie oprogramowania samochodu, bo bezpieczeństwo całego procesu zależy od współpracy auta i stacji.

    Unijne regulacje przewidują też, że od 2027 roku nowe ładowarki będą musiały oferować zdolność dwukierunkową – co dodatkowo uwypukli znaczenie cyberbezpieczeństwa w tej rozwijającej się dziedzinie.

  • Renault wyprodukowało w Maroku 394 tys. aut – co druga Dacia może pochodzić z Afryki

    Renault wyprodukowało w Maroku 394 tys. aut – co druga Dacia może pochodzić z Afryki

    Francuski koncern Renault opublikował właśnie dane, które dają do myślenia każdemu, kto kupuje nowe auto w Europie. W 2025 roku zakłady w Maroku wyprodukowały ponad 394 tysiące samochodów – to już drugi największy ośrodek produkcyjny Renault na świecie, ustępujący jedynie Francji. Dla polskich kierowców oznacza to, że szansa, iż ich następna Dacia Sandero czy Renault Clio wyjechała z Afryki, jest bardzo realna.

    Prawie co szósty samochód Renault z Maroka

    Skala marokańskiej produkcji odpowiada mniej więcej jednemu samochodowi na sześć sprzedawanych globalnie przez Grupę Renault. Kluczowy jest jednak kierunek eksportu. Aż 82% aut wyprodukowanych w Tangerze i Casablance trafia za granicę, a wśród głównych rynków odbiorców są Francja, Włochy, Hiszpania, Niemcy, Turcja – a także Polska. Łącznie pojazdy wysyłane są do 63 krajów.

    Ekosystem, który robi wrażenie

    Renault zatrudnia przy marokańskich operacjach niemal 10 000 osób. Sama fabryka w Tangerze daje pracę około 6 000 ludziom i jest największym zakładem produkcyjnym w Afryce. Wokół obu fabryk powstała sieć 87 dostawców Tier 1, z których wielu działa w strefie wolnego handlu w rejonie portu Tanger Med. Dzięki temu hala montażowa, producenci części, kolej i terminal kontenerowy są właściwie w jednym miejscu.

    Logistyka stoi na najwyższym poziomie. Z kompleksu w Tangerze wyjeżdża około 8 000 gotowych aut tygodniowo. Dwie linie kolejowe wchodzą bezpośrednio na teren fabryki, a pociągi przewożą pojazdy do terminalu portowego, gdzie Renault ma własne nabrzeże. Rocznie to dziesiątki tysięcy ciężarówek, tysiące kontenerów, ponad tysiąc pociągów i setki statków.

    „W promieniu kilku kilometrów Maroko skupia fabrykę w Tangerze, strefę wolnocłową dla dostawców i port Tanger Med, tworząc model efektywności unikalny w światowym przemyśle motoryzacyjnym” – mówi Thomas Denis, dyrektor łańcucha dostaw Renault Group.

    Zielona energia i sztuczna inteligencja

    Fabryka w Tangerze to jeden z najczystszych zakładów grupy. Około 90% zapotrzebowania na energię pokrywają biomasa i energia wiatrowa. Zamknięty obieg wody przemysłowej pozwala jej odzyskiwać 100%. Emisje CO₂ są redukowane o ponad 135 tysięcy ton rocznie.

    Za płynność dostaw odpowiadają trzy centra sterowania oparte na sztucznej inteligencji: Inbound (nadzór nad dostawami części), Outbound (monitoring wysyłek) oraz Business Continuity Plan (reagowanie na kryzysy, od strajków po ekstremalne zjawiska pogodowe).

    Co to oznacza dla Europy?

    Choć Maroko leży zaledwie kilkanaście kilometrów od Europy przez Cieśninę Gibraltarską, produkcja poza Unią Europejską to coraz większa konkurencja dla europejskich fabryk. Wysokie koszty energii, pracy i regulacji skłaniają producentów do przenoszenia wolumenu. Renault nie mówi o tym wprost, ale liczby są wymowne: samochód kupowany w Warszawie mógłby potencjalnie powstać we Włoszech czy Hiszpanii – coraz częściej powstaje w Maroku.

    Plany na przyszłość – jeszcze więcej aut z Maroka

    To nie koniec. W październiku 2025 roku Renault podpisało kolejne strategiczne porozumienie z Królestwem Maroka. Przewiduje ono utworzenie 7 500 nowych miejsc pracy bezpośrednich i pośrednich, rozwój zaplecza badawczo-inżynieryjnego oraz powstanie Renault Technologie Maroc. Kraj ma przejąć kompetencje w elektronice, sztucznej inteligencji, systemach akumulatorów, recyklingu i oprogramowaniu samochodowym.

    – „Przez lata Maroko stało się kluczowym filarem globalnej obecności przemysłowej Renault Group, opartym na doskonałości produkcyjnej, światowej logistyce, wykwalifikowanych talentach i silnym partnerstwie publiczno-prywatnym” – podsumowuje Mohamed Bachiri, dyrektor generalny Renault Group Maroc.

    Dla europejskiego rynku motoryzacyjnego to sygnał, że produkcja popularnych modeli będzie w coraz większym stopniu wypływać z Afryki Północnej. Na razie – z tańszą energią, nowoczesnym portem i wsparciem rządu.

    Źródło: Renault

  • Xiaomi sprzedało już 500 tys. aut, ale na każdym traci 14 820 zł. Z czego to wynika?

    Xiaomi sprzedało już 500 tys. aut, ale na każdym traci 14 820 zł. Z czego to wynika?

    Xiaomi może pochwalić się imponującym wynikiem sprzedażowym – od debiutu pierwszego modelu w 2024 roku firma dostarczyła już ponad 500 tysięcy samochodów. Jednak za tym sukcesem sprzedażowym kryje się coraz poważniejszy problem: strata na każdym egzemplarzu rośnie w zastraszającym tempie.

    Najnowsze wyniki finansowe za pierwszy kwartał roku finansowego 2026 pokazują, że droga do rentowności w motoryzacji jest dla chińskiego giganta wciąż bardzo długa i kosztowna.

    Wyniki finansowe – liczby, które bolą

    Dział samochodów elektrycznych i sztucznej inteligencji Xiaomi wygenerował w pierwszym kwartale 2026 roku przychody na poziomie 19,9 mld yuanów (ok. 10,98 mld zł). Równocześnie odnotował stratę operacyjną w wysokości 3,1 mld yuanów (ok. 1,71 mld zł). Firma dostarczyła w tym okresie 80 856 aut, co oznacza wzrost o 6,6% w porównaniu z analogicznym okresem poprzedniego roku.

    Najbardziej niepokojący jest jednak wskaźnik straty na jednym pojeździe. W pierwszym kwartale 2026 roku Xiaomi traciło na każdym sprzedanym samochodzie 27 740 yuanów (ok. 14 820 zł). Dla porównania, rok wcześniej strata ta wynosiła zaledwie 6 497 yuanów (ok. 3 470 zł). Różnica jest ogromna – strata na aucie wzrosła ponad czterokrotnie, mimo że wolumen dostaw zwiększył się tylko o niecałe 7%.

    Dlaczego strata rośnie?

    Xiaomi wskazuje kilka powodów pogorszenia wyniku finansowego. Po pierwsze, w strukturze sprzedaży zabrakło droższych wariantów modelu SU7 Ultra, który charakteryzuje się wyższą marżą. Im więcej firma sprzedaje tańszych wersji, tym trudniej o dodatnie saldo.

    Drugim czynnikiem są zmniejszone dopłaty do zakupu samochodów – Xiaomi wzięło na siebie część kosztów, które wcześniej pokrywały subsydia. Do tego doszły rosnące ceny kluczowych komponentów, takich jak akumulatory, elektronika i układy napędowe. Efekt? Marża brutto segmentu EV spadła z 23,2% w pierwszym kwartale 2025 roku do 20,1% w bieżącym okresie.

    Przypomnijmy, że cała grupa Xiaomi pozostaje rentowna – w pierwszym kwartale 2026 roku wypracowała skorygowany zysk netto na poziomie 6,1 mld yuanów przy przychodach 99,1 mld yuanów. Segment EV i AI odpowiadał za około 20% tych przychodów, a resztę generowały smartfony oraz produkty IoT. Firma planuje przeznaczyć w 2026 roku około 40 mld yuanów na badania i rozwój. Co więcej, w samym kwietniu Xiaomi sprzedało 36 702 samochody – o 71% więcej niż w marcu, co może świadczyć o sezonowym ożywieniu.

    Plany na Europę – test dla SU7 i YU7

    Mimo rosnących strat Xiaomi nie zwalnia tempa. Firma zapowiedziała wejście na rynek europejski w 2027 roku. Na Stary Kontynent mają trafić dwa modele: sedan SU7 i SUV YU7. Prezes Xiaomi, Lu Weibing, w sierpniu 2025 roku mówił o tych planach: „Marka Xiaomi jest dobrze znana za granicą, ale Xiaomi EV jeszcze nie. Jesteśmy w fazie badań i przygotowań”.

    Firma już testuje swoje samochody w Europie. W lipcu ubiegłego roku Lu Weibing pokazał na Weibo zdjęcie SU7 Ultra z niemiecką tablicą rejestracyjną, pisząc: „Dzisiaj testowo prowadziłem Xiaomi SU7 Ultra w Monachium. To nasz pierwszy pojazd testowy zarejestrowany w Europie”.

    Europejski debiut będzie jednak trudnym wyzwaniem. Xiaomi będzie musiało zmierzyć się nie tylko z Teslą, BYD-em, Volkswagenem czy Hyundaiem, ale także z rosnącą ostrożnością wobec chińskich producentów. Dochodzą do tego regulacje, cła, homologacja, budowa sieci serwisowej i zdobycie zaufania klientów. W Chinach sprzedaż idzie dobrze, ale w Europie sukces nie jest przesądzony.

    Na razie Xiaomi ma za sobą udany start, rozpoznawalną markę i modele przyciągające uwagę także poza Chinami. Europejski debiut w 2027 roku będzie dla Xiaomi zarówno szansą na rozwój, jak i sprawdzianem, czy ambitny projekt EV może w końcu przestać generować straty.

  • Nawet 4000 euro za mały akumulator. Oto koszty wymiany baterii w hybrydach Renault, Audi, VW i Volvo

    Nawet 4000 euro za mały akumulator. Oto koszty wymiany baterii w hybrydach Renault, Audi, VW i Volvo

    Wymiana dużego akumulatora w elektryku potrafi przyprawić o ból głowy, ale okazuje się, że małe baterie w hybrydach też mogą być bardzo drogie. Hiszpańskie zestawienie, opisane przez francuskie.pl, ujawnia szacunkowe ceny samych części – od około 1000 do 4000 euro, bez robocizny. Dotyczy to popularnych modeli Renault, Dacii, Audi, Volkswagena i Volvo.

    Renault i Dacia: 3500 euro za akumulator 1,2 kWh

    W przypadku pełnych hybryd Renault Clio, Captur, Arkana, Symbioz oraz Dacii Jogger i Duster z napędem E-Tech Hybrid lub Hybrid 140, bateria o pojemności 1,2 kWh ma kosztować około 3500 euro za sam podzespół. Starsze wersje (E-Tech 145/Hybrid 140) mają właśnie 1,2 kWh, natomiast nowsze, takie jak E-Tech 160 w Capturze czy Hybrid 155 w Dusterze, otrzymały akumulator 1,4 kWh. Ostateczna cena zależy od numeru części i generacji napędu.

    Renault Austral, Espace i Rafale: około 4000 euro

    Jeszcze drożej jest w większych modelach Renault z napędem full hybrid E-Tech 200. Austral, Espace i Rafale korzystają z akumulatora litowo-jonowego 400 V o pojemności 1,7–2 kWh (szczegóły różnią się w zależności od źródła). Szacunkowy koszt jego wymiany to około 4000 euro. Przed zakupem części konieczna jest weryfikacja numeru VIN.

    Audi 48 V: około 2500 euro za baterię, 3000 euro za cały układ

    W dużych modelach Audi – A6, A7, A8, Q7 i Q8 – stosowany jest system mild hybrid 48 V. Za sam akumulator litowo-jonowy trzeba zapłacić około 2500 euro. Jeśli konieczna jest szersza naprawa układu hybrydowego, rachunek może sięgnąć 3000 euro. Niezależne serwisy w Europie podają, że nowa bateria do wybranych Audi kosztuje około 2000 euro, a naprawa zablokowanego modułu bywa tańsza, ale nie każdą usterkę da się usunąć bez wymiany całego podzespołu.

    Volkswagen Golf eTSI i Audi A3: około 1000 euro

    Najniższe kwoty dotyczą pierwszych generacji Volkswagena Golfa eTSI oraz spokrewnionego Audi A3. Bateria 48 V ma pojemność zaledwie 0,5–0,6 kWh, a jej wymiana została wyceniona na około 1000 euro. Niezależne szacunki mówią o przedziale 1000–1500 euro, a jeśli dojdzie uszkodzenie rozrusznika-generatora, całkowity koszt może wzrosnąć do około 2000 euro.

    Volvo XC60 Mild Hybrid: rozbieżności w wycenach

    Dla Volvo XC60 z układem mild hybrid źródłowy materiał podaje kwotę około 2000 euro. Jednak inne europejskie zestawienia napraw wskazują niższy przedział 800–1200 euro za sam akumulator pomocniczy 48 V. Volvo ostrzega, że obsługa tego podzespołu powinna być wykonywana wyłącznie przez odpowiednio przygotowany warsztat – samodzielne otwieranie obudowy i wykorzystywanie baterii do awaryjnego uruchamiania innych pojazdów jest zabronione.

    Dlaczego mały akumulator kosztuje tak dużo?

    O cenie decyduje nie tylko pojemność, ale przede wszystkim skomplikowana konstrukcja. Mały pakiet zawiera obudowę, system zarządzania energią (BMS), czujniki temperatury i napięcia, okablowanie, układ chłodzenia lub ogrzewania oraz zabezpieczenia przeciwzwarciowe. Do tego dochodzą koszty produkcji niewielkiej liczby wyspecjalizowanych części, magazynowania i dystrybucji przez sieć serwisową.

    Szerszy kontekst rynkowy

    Dla porównania, portal Interia.pl podaje, że koszt wymiany baterii trakcyjnej w hybrydach waha się od 8 000 do 20 000 zł, a w modelach premium sięga nawet 30 000 zł. Osobny temat to regeneracja – według OTOMOTO News w przypadku popularnych hybryd (np. Toyota, Lexus) regeneracja pakietu kosztuje 1500–2000 zł, a wymiana na nową baterię to wydatek 7–9 000 zł. W przypadku modeli omawianych w zestawieniu, regeneracja również może być alternatywą, ale jej opłacalność zależy od stopnia zużycia i dostępności modułów.

    Przedstawione ceny mają charakter orientacyjny, nie obejmują robocizny i nie są oficjalnymi stawkami polskich autoryzowanych serwisów. Ostateczny koszt zależy od numeru części, rocznika samochodu, rynku, podatków oraz zakresu naprawy. Dlatego przed decyzją o zakupie używanego auta hybrydowego warto sprawdzić konkretny akumulator po numerze VIN.

  • Audi A4 B8: który silnik nie napsuje krwi? Sprawdzamy fakty

    Audi A4 B8: który silnik nie napsuje krwi? Sprawdzamy fakty

    Audi A4 B8 produkowane w latach 2007–2015 wciąż należy do najchętniej wybieranych używanych aut segmentu premium w Polsce. Przyciąga ceną i wykończeniem wnętrza, ale to jednostka napędowa decyduje o tym, czy auto będzie przyjemne w codziennym użytkowaniu, czy stanie się źródłem niespodziewanych wydatków.

    2.0 TDI – najbezpieczniejszy diesel w gamie

    Wśród silników wysokoprężnych prym wiedzie 2.0 TDI EA189, oferowany w mocach 120–190 KM. Jest najpowszechniej spotykanym dieslem w A4 B8 i po liftingu w wersji B8.5. Cechuje go relatywnie niskie zużycie paliwa, łatwy dostęp do części zamiennych i zadowalająca żywotność przy systematycznych przeglądach.

    Eksploatacja w mieście wymaga jednak większej uwagi – szczególnie podatne na zabrudzenia są układ EGR i filtr DPF. Przy wyższych przebiegach warto przyjrzeć się wtryskiwaczom. W starszych autach kluczowa jest też kontrola pompy oleju. Portal AUTODOC BLOG wskazuje, że krytyczne awarie tego elementu pojawiają się zwykle między 120 000 a 150 000 km. Zaleca wymianę oryginalnej pompy najpóźniej przy 140 000 km i stosowanie oleju 5W-40.

    3.0 TDI – osiągi za wyższą cenę

    Dla amatorów mocniejszej jednostki ciekawą propozycją jest 3.0 TDI V6 (245–272 KM). Pracuje kulturalnie i zapewnia bardzo dobre osiągi, ale eksploatacja jest wyraźnie droższa niż w 2.0 TDI. Rozrząd w tym silniku jest łańcuchowy i umieszczony od strony skrzyni biegów. Jak donosi Wybór Kierowców, wytrzymuje zwykle 250–300 tys. km, lecz jego wymiana to koszt rzędu 5–6 tys. zł. Starszy 2.7 TDI V6 wypada dziś mniej korzystnie – jest rzadszy, słabszy i w praktyce często droższy w utrzymaniu od obu rywali z gamy.

    Benzyna: celuj w 2.0 TFSI po liftingu

    W segmencie benzynowym najmniej ryzykownym wyborem jest 2.0 TFSI EA888 Gen 3, montowany w autach po liftingu (B8.5). Konstrukcja ta została znacząco dopracowana względem poprzednich generacji i nie budzi już tak dużych obaw o nadmierne zużycie oleju. Silnik rozwija 180–225 KM i dobrze współgra ze skrzynią S tronic. Przy wymianach oleju co 10–12 tys. km i regularnej kontroli rozrządu może osiągać wysokie przebiegi bez poważniejszych awarii.

    1.8 TFSI i V6 – trzeba zachować czujność

    Starszy 1.8 TFSI (EA888 Gen 2) bywa obciążony ryzykiem wzmożonego poboru oleju. Według danych AUTODOC BLOG może on sięgać nawet 1,5 litra na 1000 km już od 60–80 tys. km. Dochodzą do tego ewentualne problemy z łańcuchem rozrządu. Zakup 1.8 TFSI ma rację bytu głównie w przypadku starannie utrzymanego, poliftowego egzemplarza z kompletną książką serwisową.

    Benzynowe V6 (3.0 TFSI z kompresorem oraz 3.2 FSI) oferują świetne osiągi i wysoką kulturę pracy, ale ich utrzymanie jest wyraźnie droższe. 3.2 FSI ma skomplikowany rozrząd łańcuchowy zlokalizowany z tyłu silnika, co podnosi koszty ewentualnych napraw. OTOMOTO News określa te jednostki jako charakterne, ale kosztowne w codziennym serwisie.

    Czego unikać przy zakupie?

    Specjaliści zgodnie przestrzegają, że w A4 B8 bardziej niż konkretny typ silnika szkodzą zaniedbania. Do najbardziej ryzykownych należą:

    • auta z zaniedbanym 1.8 TFSI (szczególnie EA888 Gen 2),
    • 2.0 TDI EA189 bez udokumentowanej historii serwisowej,
    • egzemplarze po nieudokumentowanym chip tuningu,
    • samochody wykazujące objawy poboru oleju lub problemy z rozrządem.

    Wybór odpowiedniego silnika i rzetelna weryfikacja historii serwisowej to podstawy, by Audi A4 B8 pozostało przewidywalnym i niedrogim w utrzymaniu autem na dłuższy czas.

  • Belgia szykuje winietę w 2027 roku. Polacy zapłacą za przejazd autostradami

    Belgia szykuje winietę w 2027 roku. Polacy zapłacą za przejazd autostradami

    Belgia ogłosiła, że od maja 2027 roku kierowcy – zarówno miejscowi, jak i zagraniczni – będą musieli płacić za przejazd autostradami. To zmiana, która może uderzyć w Polaków podróżujących przez ten kraj do Francji, Holandii czy Niemiec.

    Kto zapłaci i od kiedy?

    Decyzja zapadła w piątek, 10 lipca 2026 roku. Wszystkie trzy regiony Belgii – Flandria, Walonia i Region Stołeczny Brukseli – wspólnie ogłosiły wprowadzenie opłaty drogowej w formie winiety. Obecnie belgijskie autostrady są w większości bezpłatne, a dyskusje o wprowadzeniu opłat ciągnęły się latami. Wreszcie zapadła konkretna decyzja: od 1 maja 2027 roku każdy kierowca będzie musiał zarejestrować pojazd i uiścić opłatę.

    – Każdy, kto korzysta z naszych dróg, musi sprawiedliwie przyczyniać się do ich utrzymania – powiedział François Desquesnes, minister transportu Walonii.

    Ile kosztuje winieta?

    Ceny rocznej winiety zależą od poziomu emisji spalin pojazdu:

    • 90 euro – dla samochodów o zerowej emisji (elektryki, wodorowe),
    • do 125 euro – dla bardziej emisyjnych aut.

    Dla osób, które tylko przejeżdżają przez Belgię, przewidziano także paszporty dzienne. Dokładne ceny krótkoterminowych opłat nie zostały jeszcze podane w dostępnych materiałach, ale mają być dostępne w momencie startu systemu.

    Kontrole i mandaty

    System będzie oparty na kamerach rozmieszczonych przy drogach. Kamery odczytają tablice rejestracyjne i sprawdzą, czy pojazd ma wykupioną winietę. Jeśli nie – mandat wyniesie 70 euro.

    Reforma podatku drogowego we Flandrii

    Wprowadzenie winiety to nie wszystko. Już od 1 stycznia 2027 roku we Flandrii wejdzie w życie nowy roczny podatek drogowy, którego wysokość będzie uzależniona od masy pojazdu oraz jego emisji CO₂. Flamandzki minister finansów Ben Weyts z partii N-VA tłumaczył, że reforma ma uprościć skomplikowany system i częściowo zrównoważyć nową opłatę.

    Jak wynika z doniesień agencji Belga, nowy podatek i winieta spowodują, że około połowy kierowców we Flandrii zapłaci więcej po zsumowaniu obu opłat. Minister Weyts zaznaczył, że dodatkowe obciążenie dla tej grupy może wynieść maksymalnie 100 euro rocznie. Druga połowa kierowców, w tym szczególnie właściciele samochodów z silnikiem Diesla, zapłaci mniej lub kwotę zbliżoną do obecnej. Weyts zapewnił też, że dodatkowe obciążenie będzie ograniczone górnym pułapem.

    Plany offsetowe dla Belgów

    Władze Belgii zdają sobie sprawę, że nowa opłata uderzy w portfele obywateli. Według przewodniczącego liberalno-konserwatywnej partii MR rząd zamierza obniżyć inne podatki dla Belgów, aby zrekompensować koszt winiety. Zagraniczni kierowcy takiej rekompensaty nie dostaną.

    Co dalej?

    Wprowadzenie winiety wciąż wymaga ostatecznego zatwierdzenia przez poszczególne regiony oraz Komisję Europejską. Przepisy Unii Europejskiej nie pozwalają bowiem na system, w którym opłatę ponosiliby wyłącznie cudzoziemcy – stąd konieczność objęcia nią również mieszkańców Belgii. Nie można także indywidualnie rekompensować kosztu winiety mieszkańcom Belgii, na przykład poprzez odliczenie jej ceny od podatku drogowego.

    Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, system ruszy 1 maja 2027 roku. Dochody z opłat mają być przeznaczone na eksploatację i utrzymanie sieci drogowej. Dla Polaków planujących wakacje samochodem na zachodzie Europy będzie to oznaczać dodatkowy koszt – i konieczność pamiętania o wykupieniu przepustki przed wjazdem do Belgii. Kamery drogowe przyłapią nieuczciwych kierowców, a mandat za brak winiety wyniesie 70 euro.

  • Kierowca EV stracił 500 zł po nieudanym ładowaniu. GreenWay i bank grają w ping-ponga

    Kierowca EV stracił 500 zł po nieudanym ładowaniu. GreenWay i bank grają w ping-ponga

    Użytkownik samochodu elektrycznego, który 7 lipca próbował skorzystać z ładowarki GreenWay w Ostródzie, do dziś nie odzyskał 500 zł zablokowanych na karcie płatniczej. Mimo że żadna z trzech prób płatności kartą nie doprowadziła do uruchomienia ładowania, środki zostały zamrożone, a koncern i bank obarczają się nawzajem odpowiedzialnością.

    Trzy próby, trzy blokady

    Do zdarzenia doszło około godziny 23:00 przy stacji w Ostródzie. Kierowca próbował zapłacić kartą za ładowanie jednorazowe. System jednak zgłosił błąd – sesja nie rozpoczęła się prawidłowo. Ostatecznie samochód udało się naładować dopiero po uruchomieniu procesu przez aplikację. Po trzech nieudanych próbach płatności na karcie powstały trzy blokady po 250 zł każda. Jedną z nich zwrócono od razu, dwie pozostały. Łącznie oznacza to 500 zł niedostępnych środków.

    GreenWay w swoim FAQ wyjaśnia, że przy ładowaniu jednorazowym tymczasowo blokowane jest 100 zł. W opisywanej sytuacji blokada była jednak wyższa. W odpowiedzi na zgłoszenie z 9 lipca Centrum Wsparcia GreenWay poinformowało, że operator niezwłocznie wysyła do banku dyspozycję zwolnienia blokady po nieudanej sesji, a dalsze opóźnienie zależy od banku wydającego kartę, które może potrwać nawet do miesiąca.

    Kto nie odblokował pieniędzy?

    Po tym, jak 9 lipca środki nadal były zablokowane, kierowca ponownie skontaktował się z GreenWay. Operator poprosił wtedy o podanie daty, przybliżonej godziny ładowania, lokalizacji stacji, numeru złącza oraz czterech ostatnich cyfr karty, aby móc sprawdzić status transakcji.

    Problem w tym, że gdy kierowca sprawdził sytuację w swoim banku, usłyszał zupełnie inną wersję. Bank poinformował, że nie otrzymał od GreenWay dyspozycji zwolnienia środków, co tłumaczyło utrzymującą się blokadę.

    „Podczas uruchamiania ładowania jednorazowego na karcie płatniczej zostaje zablokowana określona kwota. Jeśli sesja ładowania nie zakończyła się powodzeniem, niezwłocznie wysyłamy do banku dyspozycję zwolnienia blokady środków.” – podało Centrum Wsparcia GreenWay w odpowiedzi na zgłoszenie.

    Nie wiadomo, na którym etapie doszło do błędu: po stronie systemu operatora, operatora płatności, organizacji kartowej czy banku.

    Standardowy mechanizm, niestandardowa obsługa

    Zastosowany mechanizm preautoryzacji jest standardem w wielu usługach, gdzie ostateczna kwota nie jest znana w chwili rozpoczęcia transakcji. Problem pojawia się w momencie, gdy usługa nie zostaje uruchomiona, a środki pozostają zamrożone. Prawo wprost reguluje tę kwestię: dostawca płatnika ma uwolnić zablokowane środki niezwłocznie po otrzymaniu zlecenia płatniczego oraz informacji o określonej kwocie transakcji.

    Z punktu widzenia kierowcy sytuacja jest trudna do zaakceptowania. 500 zł to pieniądze, które mogą być potrzebne na kolejne ładowanie, paliwo, nocleg czy inne bieżące wydatki. GreenWay, według relacji pokrzywdzonego, nie ma żadnego zabezpieczenia na wypadek takiego błędu.

    Apel o przejrzystość

    Dziennikarz prowadzący sprawę oczekuje od GreenWay precyzyjnego wskazania, czy dyspozycje zwolnienia obu blokad rzeczywiście zostały wysłane, a jeśli tak – kiedy dokładnie to nastąpiło. Operator do momentu publikacji artykułu w serwisie Francuskie.pl nie ustosunkował się do sytuacji.

    Po publikacji artykułu GreenWay poprosił o przesłanie potwierdzenia, że blokada jest nadal aktywna – mimo że wcześniejsze wiadomości od kierowcy zawierały już te informacje. Sprawa pozostaje nierozstrzygnięta.

  • Obowiązkowa apteczka w nowych autach od 2027? Projekt już na stole

    Obowiązkowa apteczka w nowych autach od 2027? Projekt już na stole

    Ministerstwo Infrastruktury opublikowało projekt nowelizacji, który po raz pierwszy wprowadza obowiązek posiadania apteczki doraźnej pomocy w samochodach osobowych. Zmiana nie obejmie jednak wszystkich kierowców – nowe przepisy mają dotyczyć wyłącznie pojazdów zarejestrowanych po raz pierwszy po 31 marca 2027 roku.

    Kogo obejmie nowy obowiązek?

    Projekt zakłada, że od 1 kwietnia 2027 roku każdy nowo rejestrowany samochód osobowy (kategoria M1) będzie musiał być wyposażony w apteczkę. Właściciele aut już poruszających się po polskich drogach nie będą musieli niczego dokupować – regulacja nie działa wstecz. Ministerstwo uzasadnia to chęcią uniknięcia nadmiernego obciążenia administracyjnego i finansowego dla milionów użytkowników. W projekcie zapisano konkretne brzmienie nowego podpunktu: pojazd wyposaża się „w apteczkę doraźnej pomocy; przepis stosuje się do samochodu osobowego zarejestrowanego po raz pierwszy po dniu 31 marca 2027 r.”.

    Obecnie apteczka w prywatnym samochodzie osobowym jest w Polsce dobrowolna. Obowiązek jej posiadania ciąży jedynie na wybranych pojazdach – taksówkach, autobusach, autach nauki jazdy i egzaminacyjnych. Projekt zmienia ten stan rzeczy, ale tylko dla nowych rejestracji. Resort infrastruktury zauważa, że wielu kierowców i tak już decyduje się na zakup apteczki z własnej inicjatywy, co przypisuje rosnącej świadomości społecznej oraz edukacji z zakresu udzielania pierwszej pomocy.

    Aktualne obowiązkowe wyposażenie – co musisz mieć dzisiaj?

    Warto przypomnieć, że obecne przepisy wymagają od kierowców samochodów osobowych posiadania trójkąta ostrzegawczego oraz gaśnicy o minimalnej masie środka gaśniczego 1 kg. Apteczka nie znajduje się na tej liście, choć w niektórych krajach Unii Europejskiej – jak Niemcy, Austria, Czechy – jest już obowiązkowa, co warto mieć na uwadze podczas podróży zagranicznych.

    Brak sztywnych norm – co może znaleźć się w apteczce?

    W opublikowanym dokumencie nie określono szczegółowego składu apteczki ani jednej obowiązkowej normy jakościowej. Kierowcy będą mogli korzystać z gotowych zestawów, np. zgodnych z niemiecką normą DIN 13164, która jest szeroko uznawana w Unii Europejskiej. Resort zaznacza jednak, że samo posiadanie apteczki to nie wszystko – kluczowa jest regularna kontrola terminów ważności materiałów opatrunkowych i dbałość o kompletność.

    Eksperci od pierwszej pomocy zwracają uwagę, że w dobrze skompletowanej apteczce nie powinno zabraknąć rękawiczek jednorazowych, opatrunków jałowych, bandaży, plastrów, chusty trójkątnej, folii termicznej, nożyczek ratowniczych i maseczki do sztucznego oddychania. Leki – zwłaszcza przeciwbólowe – lepiej zostawić w domu, bo wysoka temperatura w samochodzie może zmienić ich właściwości i podanie ich poszkodowanemu bez znajomości jego stanu zdrowia może być szkodliwe.

    Dlaczego Ministerstwo chce zmian?

    Resort infrastruktury argumentuje, że powszechność apteczek zwiększy dostęp do środków pierwszej pomocy w sytuacjach kryzysowych, szczególnie poza terenem zabudowanym, gdzie czas dojazdu karetki bywa wydłużony. Obecność opatrunków ma umożliwić świadkom wypadku podjęcie podstawowych czynności, takich jak tamowanie krwotoków czy zabezpieczanie ran, oczywiście po uprzednim zabezpieczeniu miejsca zdarzenia i wezwaniu służb.

    Warto przypomnieć, że polskie przepisy nakazują udzielenie pierwszej pomocy świadkowi wypadku – za brak reakcji grozi do 3 lat pozbawienia wolności. Posiadanie apteczki daje realne narzędzia, by ten obowiązek wypełnić skuteczniej.

    Aktualny stan prawny i co dalej

    Projekt nowelizacji rozporządzenia w sprawie warunków technicznych pojazdów został opublikowany 10 lipca 2026 roku na stronie Rządowego Centrum Legislacji. Obecnie znajduje się na etapie konsultacji publicznych – oznacza to, że ostateczna treść przepisów może jeszcze ulec zmianie przed podpisaniem i publikacją w Dzienniku Ustaw. Dopiero zakończenie całego procesu legislacyjnego nada propozycji moc prawną.

    Polska dołączy tym samym do grona państw Unii, które już wymagają apteczki w autach osobowych – m.in. Austrii, Belgii, Bułgarii, Chorwacji, Czech, Estonii, Litwy, Łotwy, Malty, Niemiec i Słowenii. Na razie jednak kierowcy w Polsce nadal mogą sami decydować o wyposażeniu w środki pierwszej pomocy. Jeśli planujesz zakup nowego auta po 1 kwietnia 2027 roku, warto już teraz uwzględnić apteczkę w swoim budżecie.

  • Dopłaty NaszEauto: przelewy w maksymalnie 3 tygodnie od maila – NFOŚiGW wreszcie podaje termin

    Dopłaty NaszEauto: przelewy w maksymalnie 3 tygodnie od maila – NFOŚiGW wreszcie podaje termin

    Czekasz na pieniądze z programu NaszEauto i zastanawiasz się, kiedy w końcu zobaczysz przelew? Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW) właśnie przekazał konkretną informację: jeśli dostałeś e-mail potwierdzający pozytywną weryfikację zabezpieczenia, środki trafią na konto w ciągu najwyżej trzech tygodni. To pierwsza tak jasna deklaracja dotycząca czasu wypłat, na którą beneficjenci czekali od miesięcy.

    Automatyczne powiadomienia i konkretny termin

    Do tej pory po złożeniu cesji ubezpieczenia lub weksla in blanco (czyli zabezpieczenia dopłaty) rozpoczynał się okres ciszy. Mogło minąć wiele tygodni, a nawet miesięcy, zanim pieniądze pojawiły się na koncie. Teraz proces ma być bardziej przejrzysty. NFOŚiGW poinformował:

    Czekasz na wypłatę dofinansowania w programie #NaszEauto? Mamy dobrą wiadomość! ⤵️
    Od tego tygodnia Beneficjenci programu otrzymują automatyczne powiadomienia e-mail o pozytywnym zakończeniu weryfikacji złożonego zabezpieczenia (np. cesji lub weksla).

    Po otrzymaniu takiego maila wystarczy uzbroić się w cierpliwość na maksymalnie trzy tygodnie – wtedy przelew powinien zostać zrealizowany.

    Które wnioski są teraz obsługiwane?

    Według informacji z Funduszu, w tej chwili obrabiane są wnioski o numerze zbliżonym do 41 000, złożone pod koniec lutego 2026 roku. To oznacza, że osoby, które aplikowały w późniejszym terminie, będą musiały jeszcze poczekać – ale przynajmniej wiedzą, czego się spodziewać.

    Budżet wyczerpany, ale wnioski przyjmowano dalej

    Warto przypomnieć, że budżet programu NaszEauto został oficjalnie przekroczony 27 stycznia 2026 roku. Mimo to NFOŚiGW nadal zachęcał do składania wniosków, licząc na środki zwalniające się po odrzuceniu części zgłoszeń. Dopiero 30 kwietnia 2026 roku zakończono nabór. Jak widać, proces oceny wniosków, które wpłynęły po wyczerpaniu alokacji, trwa nadal – i to z powodzeniem, jeśli chodzi o wypłaty.

    Problemy z cesją – PZU odmawiało

    Z relacji czytelników elektrowoz.pl wynikało, że w niektórych przypadkach PZU odmawiało podpisania cesji polisy ubezpieczeniowej. Powodem były zapisy na standardowym druku NFOŚiGW dotyczące „polis wznawianych” lub „bezwarunkowości”. Ponieważ Fundusz dawał tylko 30 dni na dostarczenie dokumentu, odmowa wymuszała szybkie rozwiązanie umowy i znalezienie innego ubezpieczyciela, który nie stwarzał problemów. To dodatkowy stres dla osób, które już i tak czekają na refundację.

    Średni czas oczekiwania – prawie 9 miesięcy

    Choć teraz komunikacja się poprawiła, cały proces od złożenia wniosku do otrzymania przelewu wciąż trwa długo. Ze źródeł podanych w artykule wynika, że średni czas oczekiwania na przelew od momentu złożenia wniosku wynosił około 9 miesięcy. Nowa procedura z automatycznym mailem i trzytygodniowym limitem powinna skrócić końcowy etap, ale wcześniejsze etapy – weryfikacja, zabezpieczenie – nadal zajmują wiele miesięcy.

    Program w liczbach

    Przypomnijmy, że NaszEauto to program dofinansowania zakupu, leasingu lub wynajmu długoterminowego nowego samochodu elektrycznego o cenie netto nieprzekraczającej 225 tys. zł. Maksymalna dopłata wynosi 40 tys. zł, a w grę wchodzą także premie za zezłomowanie starego auta. Program jest finansowany z Krajowego Planu Odbudowy, a jego łączny budżet przekracza 1,6 mld zł (zgodnie z wcześniejszymi danymi).

    Co dalej?

    Na razie Fundusz realizuje wypłaty zgodnie z harmonogramem. Osoby, które otrzymały już maila o pozytywnej weryfikacji zabezpieczenia, mogą spodziewać się przelewu w ciągu najbliższych trzech tygodni. Pozostali muszą uzbroić się w cierpliwość, ale przynajmniej wiedzą, że kolejne etapy są już jasno komunikowane. NFOŚiGW zapowiada, że automatyczne powiadomienia e-mail będą wysyłane do wszystkich beneficjentów, których zabezpieczenie zostało zaakceptowane.

  • Nowa bateria CATL: dostawczak naładowany w czasie dostawy paczki

    Nowa bateria CATL: dostawczak naładowany w czasie dostawy paczki

    Wyobraź sobie dostawczaka elektrycznego, który ładuje się od 20 do 80 procent w czasie krótszym niż standardowa przerwa na kawę. Chiński gigant CATL właśnie zaprezentował ogniwa, które to umożliwiają – i to w ciągu zaledwie kilku minut.

    Szybciej niż poprzednia generacja

    CATL Tectrans II (znana również jako Tianxing II) to nowa bateria przeznaczona specjalnie dla lekkich pojazdów dostawczych, głównie w sektorze logistycznym. Według producenta uzupełnienie energii od 20 do 80 procent zajmuje jedynie 6 minut i 48 sekund. Pełne ładowanie od 20 procent trwa natomiast 8 minut i 56 sekund – mniej więcej tyle, ile zajmuje dostarczenie paczki pod wskazany adres, co według CATL zbliża czas tankowania elektrycznego dostawczaka do benzynowego odpowiednika. Akumulator jako pierwszy w segmencie transportu cięższego obsługuje moce ładowania przekraczające 4‑5 C, a do 80 procent potrafi przyjąć prąd o mocy nawet ponad 8,5 C. CATL określa nowy produkt jako jedyny w branży logistycznej akumulator z możliwością szczytowego ładowania 8C.

    Dla porównania, poprzednia wersja Tectrans T, pokazana dwa lata temu na targach IAA 2024, potrzebowała na to samo 15 minut. Nowa bateria jest więc dwukrotnie szybsza. Przy baterii o pojemności około 150 kWh wystarczyłaby ładowarka o mocy 800 kW wyposażona w złącze CCS2, co pokazuje, że technologia nie wymaga jeszcze rzadkiego standardu MCS.

    Gwarancja na milion kilometrów

    Nowa bateria nie traci na trwałości mimo ekstremalnych parametrów ładowania. Producent udziela na nią gwarancji na 10 lat lub 1 000 000 kilometrów. Dla porównania, poprzednia generacja Tectrans T w wariancie z najwyższymi mocami ładowania miała gwarancję 8‑letnią, choć oferowała większy limit przebiegu – maksymalnie 1 800 000 km. Edycja Long Life sięgała nawet 15 lat i 2 800 000 km, kosztem wolniejszego ładowania.

    CATL podkreśla, że opór wewnętrzny ogniw nowej baterii wynosi zaledwie 50 procent średniej branżowej. Dzięki temu podczas szybkiego ładowania wydziela się znacznie mniej ciepła. Firma zastosowała także atomową modyfikację powierzchni cząstek grafitu, co redukuje utratę aktywnego litu i spowalnia degradację ogniw. Według komunikatu CATL te zabiegi mają zapewnić „żywotność baterii dopasowaną do żywotności pojazdu” i podnieść wartość rezydualną używanych aut dostawczych.

    Zimno mu niestraszne

    Problemy z ładowaniem elektryków podczas polskiej zimy to chleb powszedni dla wielu kierowców. CATL i tutaj ma dobrą wiadomość. Nawet przy temperaturze ‑20 stopni Celsjusza bateria potrzebuje zaledwie dodatkowych 2 minut i 30 sekund na uzupełnienie energii. Portal CarNewsChina donosi, że producent osiągnął to dzięki szybkiemu podgrzewaniu ogniw za pomocą prądu przemiennego.

    Warto dodać, że rodzina Tectrans II zadebiutowała w styczniu 2026 roku – wówczas CATL wprowadził pierwszą masowo produkowaną baterię sodowo-jonową dla lekkich pojazdów dostawczych, która w temperaturze ‑40°C zachowywała 90% dostępnej pojemności. W jej skład wchodził także wariant z ładowaniem od 20 do 80% w 30 minut przy ‑15°C, a także wersja wysokotemperaturowa dodająca 60% zasięgu w 18 minut i osiągająca 5000 cykli w 45°C. Rodzina obejmowała również wariant długodystansowy z pakietem 253 kWh deklarującym 800 km zasięgu oraz moduły wymienne #20 (42 kWh), #25 (56 kWh) i #35 (81 kWh).

    Nie tylko ładowanie – także wymiana

    Nowe pakiety CATL mają być kompatybilne nie tylko z megaszybkimi ładowarkami, ale także ze stacjami wymiany baterii Choco. Te ostatnie obsługują zarówno pojazdy osobowe, jak i dostawcze. CATL zapowiedział, że jeszcze w tym roku planuje zbudować 4 000 takich stacji, które pokryją blisko 190 miast w Chinach. Stacje zostaną wyposażone w niestandardowe ultraszybkie ładowarki o zwiększonej mocy, dostosowane do potrzeb akumulatorów lekkich pojazdów dostawczych. Firma twierdzi, że masowe wdrożenie tych stacji ma znacząco skrócić czas, jaki kierowcy spędzają na szukaniu punktów ładowania i tankowaniu. Nowy akumulator Tectrans II jest kompatybilny zarówno z megaszybkimi ładowarkami, jak i ze stacjami wymiany Choco.