Wjazd na stację paliw w Wöllersdorf-Steinabrückl w Dolnej Austrii, na południe od Wiednia, może słono kosztować. Jeden z kierowców spędził na jej terenie zaledwie 88 sekund (dokładnie minutę i 28 sekund) – chciał wyciągnąć wodę z bagażnika. Nie zatankował. Po dwóch tygodniach otrzymał pismo od kancelarii prawnej z żądaniem zapłaty 372 euro, czyli około 1597 złotych.
Prywatny grunt z surowymi zasadami
Właściciel stacji Nikoll Bibaj nie pozostawia złudzeń: obiekt stoi na prywatnym gruncie, a wjazd bez zamiaru tankowania jest zabroniony. – Ceny paliwa widać z drogi – argumentuje w rozmowie z „Kronen Zeitung”. Przed wjazdem umieszczono tablice informujące o zakazie, ale kierowcy przyznają, że są one małe i łatwe do przeoczenia. Operator zaznacza, że nawet krótki postój, zawracanie czy sprawdzanie cen bez tankowania stanowi naruszenie regulaminu.
Kamery nie odpuszczają
Teren stacji jest objęty całodobowym monitoringiem. Kamery rejestrują każdy pojazd i sprawdzają, czy kierowca rzeczywiście korzysta z dystrybutora. W przypadku Jakoba P., który zatrzymał się na 88 sekund, po dwóch tygodniach przyszło agresywnie sformułowane wezwanie do zapłaty. – Byłem na miejscu zdarzenia dokładnie przez minutę i 28 sekund – relacjonuje Jakob P. w rozmowie z „Kronen Zeitung”. Mężczyzna skontaktował się z prawnikiem oraz z ÖAMTC (austriackim automobilklubem). – Zalecono mi, aby na razie ignorować pismo i czekać na ewentualny pozew – dodaje.
Podobny los spotkał Anitę K., która wraz z mężem zatrzymała się na stacji na motocyklach. Ona również dostała wezwanie na 372 euro. Gdy nie zapłaciła, kancelaria przysłała drugie pismo – tym razem z propozycją płatności ratalnej. W internecie pojawiły się kolejne relacje kierowców, którzy wjeżdżali na teren stacji, by zawrócić, zmienić kierowcę lub sprawdzić nawigację.
Eksperci: Nie płaćcie od razu, żądajcie dowodów
Isabella Mittelstrasser z austriackiego Centrum Porad Konsumenckich (VKI) wyjaśnia, że podobne wezwania to „powszechna praktyka”. Jej zdaniem żądane kwoty często przekraczają stawki dozwolone przez prawo. Radzi, aby od firmy wysyłającej wezwanie zażądać szczegółowego zestawienia oraz nagrania wideo potwierdzającego czas i długość postoju. – Jeśli dojdzie do pozwu, koszty sądowe wynoszą maksymalnie 200 euro, czyli mniej niż żądana kwota – dodaje.
Michael Steinparzer z sekcji transportu i ruchu drogowego w Izbie Gospodarczej przyznaje, że niektóre stacje paliw stosują takie metody. – Zasadniczo należy zauważyć, że istnieją stacje benzynowe, które borykają się z tak poważnymi trudnościami, że nie są w stanie poradzić sobie z nimi w inny sposób – powiedział w rozmowie z „Kronen”.
Stacja zamknięta, ale monitoring trwa
Bibaj po nagłośnieniu sprawy zamknął stację – stwierdził, że „nie chce jej dalej prowadzić”. Mimo to zakaz wjazdu obowiązuje nadal. Umowa z firmą monitorującą została podpisana do końca roku i nie można jej wcześniej rozwiązać. Kamery wciąż rejestrują każdego, kto wjedzie na posesję, a nowe tablice ostrzegają przed zakazem przejazdu.
Co radzą polskim kierowcom?
Sprawa jest istotna dla wszystkich, którzy podróżują do Austrii. Eksperci podkreślają, że teren stacji paliw, parkingu czy myjni może podlegać prywatnym regulaminom, a niezauważone tablice informacyjne mogą skutkować wysokimi opłatami. W przypadku otrzymania wezwania konsumenci radzą dokładnie sprawdzić roszczenie, skontaktować się z organizacją konsumencką (VKI, Arbeiterkammer, ÖAMTC, ARBÖ) i nie ulegać presji agresywnie sformułowanych pism. Jeśli sprawa trafi do sądu, koszty dla kierowcy mogą być niższe niż żądana kwota.









