Blog

  • Sześć krajów UE ostrzega: osłabienie zakazu spalinówek to strategiczny błąd

    Sześć krajów UE ostrzega: osłabienie zakazu spalinówek to strategiczny błąd

    Debata o przyszłości samochodów spalinowych w Unii Europejskiej nie gaśnie. Zaledwie kilka miesięcy po tym, jak Komisja Europejska złagodziła pierwotny plan całkowitego zakazu rejestracji nowych aut spalinowych od 2035 roku, grupa państw członkowskich wystąpiła z ostrą deklaracją: nie wolno dalej rozmiękczać przepisów.

    Deklaracja w obronie ambitnych celów

    Wspólne stanowisko podpisało sześć państw: Francja, Hiszpania, Portugalia, Holandia, Luksemburg i Szwecja. W doniesieniach prasowych mowa wprawdzie o siedmiu sygnatariuszach, ale w treści opublikowanego oświadczenia wymieniono właśnie te kraje. Ich zdaniem jakiekolwiek osłabienie unijnego prawa redukcji CO₂ w sektorze motoryzacyjnym byłoby „strategicznym błędem”.

    Deklaracja to odpowiedź na wcześniejszy postulat Niemiec, które wnioskowały o całkowitą rezygnację z zakazu sprzedaży nowych aut spalinowych po 2035 roku. Sygnatariusze listu przekonują, że obecna energia kryzysowa – wywołana m.in. wojną w Iranie i idącymi za nią wzrostami cen ropy i gazu – tylko potwierdza, jak pilne jest uniezależnienie Europy od paliw kopalnych.

    „Zmniejszenie europejskiej zależności od paliw kopalnych jest absolutną koniecznością” – podkreślili w oświadczeniu.

    Inne głosy w unijnej układance

    Stanowisko tych sześciu krajów ostro kontrastuje z wcześniejszym apelem sześciu innych premierów, którzy w grudniu 2025 roku wysłali list do przewodniczącej Komisji Europejskiej Ursuli von der Leyen. Sygnatariusze tamtego pisma – Donald Tusk (Polska), Viktor Orbán (Węgry), Robert Fico (Słowacja), Giorgia Meloni (Włochy), Petr Fiala (Czechy) i Rosen Żelazkow (Bułgaria) – domagali się odejścia od „ideologicznego dogmatyzmu” i przywrócenia neutralności technologicznej. Twierdzili, że narzucanie wyłącznie elektromobilności „doprowadziło niektóre branże niemal do upadku”. Ich zdaniem po 2035 roku na rynku powinny pozostać hybrydy plug-in, pojazdy wodorowe, auta z range extenderem oraz rozwiązania oparte na biopaliwach i e-paliwach.

    Co ciekawe, polski rząd stanął wówczas po stronie przeciwników zaostrzonego kursu. Tymczasem – jak wynika z sondażu United Surveys dla wp.pl z lutego 2023 roku – 76% Polaków nie popierało zakazu sprzedaży nowych aut spalinowych od 2035 roku, a wśród wyborców obozu rządzącego odsetek ten sięgał 84%.

    Komisja już ustąpiła – ale czy na stałe?

    W grudniu 2025 roku Komisja Europejska, ulegając presji części rządów i przemysłu, oficjalnie wycofała się z planu 100% zakazu rejestracji nowych aut spalinowych. Nowa propozycja zakłada, że do 2035 roku producenci będą musieli zredukować emisję CO₂ o 90%, a pozostałe 10% mogą skompensować m.in. przez stosowanie niskoemisyjnej stali, e-paliw i biopaliw. Oznaczało to de facto koniec technologicznego zakazu – auta z silnikiem spalinowym, hybrydy plug-in i mild hybridy mogły być nadal produkowane i sprzedawane. W ramach kompromisu wprowadzono też tzw. super kredyty dla małych i tanich elektryków produkowanych w UE oraz elastyczność w kalkulacji emisji dla samochodów dostawczych, których cel redukcji CO₂ na 2030 rok obniżono z 50% do 40%.

    Propozycja ta spotkała się z ostrą krytyką organizacji ekologicznych. William Todts, dyrektor wykonawczy Transport & Environment, ostrzegł:

    „Unia gra na czas, gdy kolejna runda już się rozpoczęła. Każde euro przekierowane na hybrydy plug-in to euro niewydane na samochody elektryczne, a tymczasem Chiny posuwają się coraz dalej. Trzymanie się silników spalinowych nie przywróci europejskiemu przemysłowi motoryzacyjnemu dawnej świetności.”

    Ambitny kurs kontra rzeczywistość rynku

    Teraz sześć państw apeluje, by nie cofać się dalej. Uważają, że ewentualne dalsze łagodzenie przepisów zagroziłoby celom klimatycznym i opóźniło transformację energetyczną. Tymczasem wcześniejsza propozycja Komisji, choć przyjęta z ulgą przez wiele państw jako zwycięstwo neutralności technologicznej i ochrona miejsc pracy, zdaniem jej sygnatariuszy może być dopiero pierwszym krokiem. „Jesteśmy w punkcie zwrotnym dla przemysłu motoryzacyjnego i polityki klimatycznej” – pisali w swoim liście premierzy sześciu krajów, dodając: „Na przemysłowej pustyni nie ma nic zielonego.”

    Przed nami miesiące unijnych sporów. Sześć krajów właśnie postawiło jasną granicę: ambitny kurs musi zostać utrzymany. Pytanie, czy przemysł i pozostałe państwa dadzą się przekonać.

  • Continental i Renault łączą siły. Elektryk może zyskać nawet 6% zasięgu na tych oponach

    Continental i Renault łączą siły. Elektryk może zyskać nawet 6% zasięgu na tych oponach

    Producenci opon i samochodów coraz częściej współpracują, by wycisnąć z elektryków jeszcze więcej kilometrów. Najnowszy efekt to wspólny projekt Continentala i Grupy Renault – opona stworzona specjalnie z myślą o autach elektrycznych, która może zwiększyć zasięg nawet o 6 procent.

    Przy założeniu, że pojazd na WLTP przejeżdża 500 jednostek, oznacza to dodatkowe 30 jednostek bez żadnych zmian w samym samochodzie. Brzmi jak marzenie każdego kierowcy elektryka? Sprawdźmy, jak to osiągnięto i czy nie ma ukrytych kosztów.

    Współpraca Continental i Renault

    Nowa opona powstała na bazie modelu EcoContact 7 – flagowej letniej konstrukcji Continentala, która już w standardzie zdobywa najwyższe noty w unijnych etykietach za opór toczenia (klasa A). Tym razem inżynierowie dostosowali ją do wymagań Grupy Renault, modyfikując mieszankę gumową bieżnika, ściankę boczną i ogólną konstrukcję.

    Celem była maksymalna redukcja oporów toczenia, które – jak przypomina Continental – odpowiadają za 20–30 procent całkowitego zużycia energii przez pojazd. Dzięki nowym rozwiązaniom udało się zejść do przedziału 13–19,5 procent, co bezpośrednio przekłada się na zasięg.

    Mniej oporu, więcej kilometrów

    Kluczowym elementem jest mieszanka Green Chili 3.0 oraz technologia Smart Energy Casing, którą Continental zastosował już w swoich oponach całorocznych AllSeasonContact 2. Nowe materiały w osnowie, warstwie wewnętrznej i ścianie bocznej ograniczają tarcie wewnątrz opony, zmniejszając opór toczenia i poprawiając efektywność energetyczną.

    Na tym nie koniec – Continental przeniósł na opony rozwiązanie inspirowane… golfem. Chodzi o strukturę Aerodimple – małe wgłębienia na bocznej ścianie, które redukują turbulencje powietrza za oponą, zmniejszając energię potrzebną do jej poruszania. To samo zagłębienie, które sprawia, że piłka golfowa leci dalej i celniej.

    Część prac projektowych i testowych przeniesiono do świata wirtualnego. Continental szacuje, że dzięki cyfrowym symulacjom oszczędza nawet 10 000 prototypowych opon rocznie.

    Dwa warianty, różne priorytety

    Model EcoContact 7 dostępny jest w dwóch wersjach różniących się mieszanką bieżnika. Wariant podstawowy kładzie nacisk przede wszystkim na bardzo niski opór toczenia i maksymalną efektywność energetyczną. Wersja EcoContact 7 S stawia z kolei na lepszą przyczepność na mokrej nawierzchni oraz precyzyjniejsze prowadzenie. Co ważne, oba warianty uzyskują klasę A w unijnych etykietach za opór toczenia – różnica dotyczy więc innych właściwości, a nie samej efektywności. Oba modele oznaczone są logo Continental EV Compatible, co oficjalnie rekomenduje je do samochodów elektrycznych.

    Kompromisy? Tak, ale nie w oporze toczenia

    Niskie opory toczenia często oznaczają gorszą przyczepność na mokrej nawierzchni i mniej precyzyjne prowadzenie przy dynamicznych manewrach. Bieżnik ma tu symboliczne nacięcia, a głębokie kałuże mogą stanowić wyzwanie dla szybkiego odprowadzania wody. Producenci starają się jednak zachować równowagę – w modelu EcoContact 7 S zastosowano mieszankę kładącą większy nacisk na przyczepność na mokrej nawierzchni i prowadzenie, przy zachowaniu najwyższej klasy oporu toczenia.

    W zamian kierowcy, którzy jeżdżą spokojnie, zyskują wyjątkowo niski poziom hałasu i lepszy zasięg. Opony wykorzystują bieżnik Silent Pattern, który redukuje hałas zewnętrzny szczególnie przy prędkościach około 50 km/h, co jest korzystne w miejskiej jeździe.

    Co dalej?

    Dr Christian Strübel, ekspert Continentala ds. oporu toczenia, mówi:

    „Zmniejszenie oporu toczenia jest jednym z naszych kluczowych celów rozwojowych. Im mniej energii potrzebuje pojazd do poruszania się, tym dalej może przejechać – co pozwala klientom zaoszczędzić pieniądze i jest korzystne dla środowiska.”

    Firma regularnie obniża opory toczenia w każdej nowej generacji opon – średnio o 15 procent na przestrzeni ostatniej dekady. Opony EcoContact 7 i EcoContact 7 S zdobyły już homologacje fabryczne od takich producentów jak BYD, Mercedes i Volkswagen. Nowy wariant dla Renault to kolejny krok w kierunku maksymalizacji zasięgu elektryków bez ingerencji w baterię. Continental nie zdradza dalszych szczegółów, ale – jak podkreśla dr Strübel – redukcja oporów toczenia pozostaje priorytetem. Warto dodać, że już 18 z 20 największych producentów pojazdów elektrycznych wyposaża swoje auta w opony Continental w standardzie, a dla polskich klientów firma oferuje 7 lat gwarancji na opony do aut osobowych i dostawczych.

  • Elektryki w UE: komisarze narzekają na trasę Bruksela–Strasburg. 440 km i przymusowy postój

    Elektryki w UE: komisarze narzekają na trasę Bruksela–Strasburg. 440 km i przymusowy postój

    Unijni komisarze mieli dawać przykład zielonej transformacji, ale rzeczywistość okazała się mniej różowa. Służbowe samochody elektryczne, które mają być symbolem nowej ery, na trasie między Brukselą a Strasburgiem sprawiają urzędnikom niemały kłopot. Zamiast bezstresowej podróży – przymusowy postój na ładowarce.

    440 km z przystankiem w Luksemburgu

    Dystans między dwoma siedzibami unijnych instytucji to około 440 kilometrów. Dla większości elektryków z floty Komisji Europejskiej to za dużo, by przejechać go bez ładowania. Jak podaje portal Politico, powołując się na anonimowych urzędników z co najmniej ośmiu gabinetów, auta wymagają postoju w Luksemburgu. Ładowanie trwa od 20 do 30 minut – i to właśnie ten przystanek stał się źródłem narastającej irytacji.

    Nie chodzi tylko o same minuty spędzone przy ładowarce. Problem pojawia się zwłaszcza po długich tygodniach plenarnych, gdy komisarze chcą jak najszybciej wrócić do Brukseli, a zamiast tego muszą czekać. Według relacji jednego z urzędników, sprawa była poruszana nawet na spotkaniu kolegium komisarzy. Do rozwiązania problemu oddelegowano komisarza ds. budżetu Piotra Serafina.

    Flota z celem na 2027 rok

    Komisja Europejska w 2022 roku rozpoczęła wymianę swojej floty na zeroemisyjną. Obecnie na 128 pojazdówokoło 80 procent stanowią auta elektryczne (BEV). Cel – pełna zeroemisyjność do 2027 roku. Rzecznik KE potwierdza, że flota jest na dobrej drodze, ale trasa do Strasburga obnaża jej ograniczenia.

    Wśród służbowych modeli dominują BMW i4 – auta, które według urzędników nie są przystosowane do długich podróży bez ładowania. Alternatywą dla postoju jest jazda autostradą z niższą prędkością, by oszczędzić energię. Jeden z pracowników „zirytowanego komisarza” powiedział jednak Politico: „Ale to nie działa” – taka podróż może wydłużyć się nawet do siedmiu godzin, co jest jeszcze gorszym rozwiązaniem.

    Pociąg odpada, bo trzeba prowadzić poufne rozmowy

    Dlaczego unijni urzędnicy nie wybierają pociągu? Odpowiedź jest prosta – w samochodzie mogą prowadzić wrażliwe rozmowy telefoniczne w pełnej prywatności. W pociągu takie dyskusje nie wchodzą w grę. To sprawia, że auto, choć elektryczne, pozostaje preferowanym środkiem transportu – ale z przymusowym postojem. Jeden z urzędników pracujących dla drugiego poirytowanego komisarza dodał, że podróże często odbywają się późnym wieczorem, po długich sesjach plenarnych, gdy wszyscy chcą już wrócić do Brukseli.

    Kto unika problemu?

    Nie wszyscy komisarze muszą mierzyć się z ładowarką w Luksemburgu. Przewodnicząca Komisji Ursula von der Leyen korzysta z opancerzonego samochodu, który – ze względów bezpieczeństwa – nie ma jeszcze elektrycznego odpowiednika. Z kolei węgierski komisarz Olivér Várhelyi podobno rezygnuje z oficjalnego auta i jeździ do Strasburga busem wraz ze swoim zespołem. Jego administracja nie odpowiedziała na pytania Politico. To pokazuje, że urzędnicy szukają sposobów na obejście niedogodności.

    Szerszy kontekst

    Głosy niezadowolenia komisarzy odbijają się echem w całej branży. Producenci samochodów i część polityków od dawna podkreślają, że rozwój infrastruktury ładowania nie dotrzymuje kroku unijnym planom. Samo Bruksela musiała już złagodzić swoje stanowisko: po 2035 roku dopuszczono 10-procentowy udział aut spalinowych w nowej sprzedaży, pod warunkiem stosowania offsetów klimatycznych. To ustępstwo wobec przemysłu, ale na razie nie ułatwia życia urzędnikom, którzy na co dzień jeżdżą elektrykami.

    Komisja Europejska zapowiedziała na lipiec długo wyczekiwany plan elektryfikacji gospodarki i życia w UE. Ma on być elementem strategii uniezależnienia się od paliw kopalnych, ogłoszonej przez Ursulę von der Leyen w odpowiedzi na kryzys na Bliskim Wschodzie. Póki co, unijni komisarze, którzy mają być twarzą zielonej transformacji, sami przekonują się, że droga do bezemisyjnej mobilności wciąż wiedzie przez stację ładowania w Luksemburgu.

  • Mała Toyota zdetronizowała gigantów. Oto najnowszy ranking niezawodności Driver Power 2026

    Mała Toyota zdetronizowała gigantów. Oto najnowszy ranking niezawodności Driver Power 2026

    Brytyjski magazyn Auto Express opublikował wyniki swojej corocznej ankiety Driver Power 2026, która tym razem przynosi kilka zaskoczeń. Na czele rankingu niezawodności stanął miejski crossover Toyota Aygo X, pokonując znacznie większe i droższe modele. Co więcej, w pierwszej dziesiątce znalazły się auta aż ośmiu różnych producentów – zarówno spalinowe, jak i elektryczne.

    Na czym polega Driver Power?

    Badanie Driver Power to jedna z największych brytyjskich ankiet satysfakcji właścicieli samochodów. Właściciele oceniają swoje auta w codziennej eksploatacji – pod kątem niezawodności, jakości wykonania, występujących usterek i ogólnego zadowolenia. Ranking obejmuje tylko modele, które zebrały wystarczającą liczbę odpowiedzi, by wynik był statystycznie wiarygodny. To podejście różni się od tradycyjnych raportów awaryjności opartych wyłącznie na danych serwisowych.

    Top 10 najpewniejszych aut według kierowców

    Oto dziesiątka modeli, które – zdaniem użytkowników – sprawiają najmniej problemów w codziennym użytkowaniu:

    1. Toyota Aygo X – 94,09%
    2. Mazda CX-30 – 93,37%
    3. Tesla Model 3 – 92,28%
    4. BMW serii 1 (3. generacja) – 91,79%
    5. Volkswagen T‑Roc – 91,53%
    6. Ford Kuga (3. generacja) – 91,29%
    7. Tesla Model Y – 90,76%
    8. Toyota Corolla (12. generacja) – 90,63%
    9. Peugeot 2008 (2. generacja) – 90,53%
    10. Volvo XC40 – 90,48%

    Aygo X – miejski lider z drobnymi kompromisami

    Toyota Aygo X trzeciej generacji zdobyła najwyższą notę – 94,09%. Właściciele szczególnie chwalili zużycie paliwa, wygląd zewnętrzny, komfort jazdy po miejskich nierównościach oraz skuteczność hamowania. Jak na auto miejskie przystało, najmocniej krytykowano jednak przestrzeń na tylnej kanapie – w ogólnym rankingu jakości model zajął 28. miejsce na 50 samochodów. W kontekście ceny i przeznaczenia nie jest to jednak zaskoczeniem.

    SUV‑y dominują, ale nie wszystkie są tanie w eksploatacji

    Aż sześć z dziesięciu pierwszych miejsc zajęły SUV‑y. Mazda CX-30 uplasowała się na drugiej pozycji z wynikiem 93,37%, zostając najlepiej ocenionym SUV‑em w zestawieniu. Użytkownicy docenili niezawodność, jakość wykonania, reakcję hamulców i prowadzenie. Zupełnie inną historię piszą jednak koszty – CX-30 zajęła dopiero 40. miejsce pod względem zużycia paliwa i 45. pod względem kosztów eksploatacji.

    Tesla błyszczy – i to dwa razy

    Tesla Model 3 (92,28%) stanęła na trzecim stopniu podium, a Model Y (90,76%) zamknął siódmą lokatę. Model 3 został także najwyżej ocenionym samochodem w ogólnym rankingu satysfakcji Driver Power 2026. Właściciele chwalili płynność układu napędowego, przyjemność z jazdy, niskie koszty eksploatacji i system multimedialny. Model Y zbierał pochwały za przestronność, praktyczność i systemy bezpieczeństwa, ale gorzej wypadł pod względem wyglądu zewnętrznego i wykończenia nadwozia.

    Niemiecka solidność i francuskie przełamanie stereotypów

    BMW serii 1 trzeciej generacji (91,79%) zostało docenione za jakość, styl wnętrza, multimedia i komfort foteli, ale ekonomiści narzekali na koszty użytkowania. Volkswagen T‑Roc (91,53%) zbierał komplementy za przyspieszenie, układ kierowniczy i praktyczność; najsłabszym ogniwem okazał się system multimedialny, choć nowsza generacja ma już być pod tym względem lepsza. Ford Kuga (91,29%) poprawiła swoją pozycję względem poprzednich edycji – głównie dzięki przestronności, bagażnikowi i funkcjom przyjaznym dzieciom. Toyota Corolla (90,63%) – od lat synonim trwałości – tym razem musiała uznać wyższość konkurencji, choć właściciele nadal chwalą jej niezawodność i niskie koszty.

    Peugeot 2008 drugiej generacji (90,53%) udowodnił, że francuskie auta potrafią być niezawodne. Właściciele wystawili mu wysokie noty za układ napędowy, prowadzenie, komfort i koszty użytkowania. To ważny sygnał, że stereotyp o „francuskiej awaryjności” coraz częściej odbiega od rzeczywistości.

    Volvo na finiszu i co dalej?

    Volvo XC40 (90,48%) zamyka pierwszą dziesiątkę. Szwedzki SUV zachwyca jakością materiałów, wykończeniem zewnętrznym i bezpieczeństwem, ale wyraźnie gorzej wypada w kategoriach ceny zakupu i kosztów utrzymania. Ranking Driver Power 2026 pokazuje, że niezawodność nie jest już domeną jednej marki czy segmentu – małe auta miejskie, SUV‑y, elektryki i premium mogą ze sobą konkurować, a ostateczny werdykt należy do kierowców, którzy jeżdżą nimi na co dzień.

  • Niemiecka platforma chce sprowadzać chińskie auta na masową skalę. Xiaomi zapowiada walkę sądową

    Niemiecka platforma chce sprowadzać chińskie auta na masową skalę. Xiaomi zapowiada walkę sądową

    Rynek motoryzacyjny w Europie czeka potencjalny przewrót. Niemiecka platforma internetowa Autohelden ogłosiła plany sprowadzenia do Niemiec i całej Europy samochodów takich marek jak Zeekr, Jetour, Avatr, a także Xiaomi. Informację ujawnił niemiecki tygodnik motoryzacyjny Automobilwoche.

    Pomysł niemieckiego importera nie spotkał się z aprobatą samego producenta. Xiaomi zapowiedziało walkę prawną. Firma twierdzi, że „zainicjowało już działania prawne, by zakazać importu”. Problem w tym, że unijne przepisy mogą dać niemieckiej platformie spore pole do manewru.

    „Mała homologacja” – sposób na ominięcie ograniczeń?

    Kluczem do całego przedsięwzięcia jest unijna procedura uproszczonej homologacji, tzw. „małej”. W przeciwieństwie do pełnej homologacji (EU-WVTA), która pozwala na sprzedaż bez limitów, ale jest kosztowna i wymaga m.in. pełnych testów zderzeniowych, wersja uproszczona ma znacznie niższe wymagania.

    Jej główne ograniczenie to limit liczby pojazdów. Pula ta wynosi około 1 500 sztuk dla całej Unii lub podobną liczbę dla wybranego kraju członkowskiego. Importer może jednak sprytnie ominąć ten limit, rejestrując każdą wersję baterii i rodzaj napędu jako osobny typ, co dopuszcza homologacja częściowa. W przypadku modeli Xiaomi może to oznaczać maksymalnie około 10 000 egzemplarzy dla wybranego modelu.

    Autohelden działa na pełnych obrotach

    Dla Autohelden limit ten wydaje się w pełni akceptowalny. Firma twierdzi, że cały łańcuch dostaw został już dopracowany i znajduje się „na ostatnich etapach przygotowań”. W Europie działa już od 80 do 100 salonów współpracujących z platformą.

    Skala planów importera jest imponująca. Autohelden spodziewa się, że w pierwszym roku sprzeda około 50 000 samochodów różnych marek na Starym Kontynencie, z czego jedną trzecią w samych Niemczech. To gigantyczna wartość, która znacznie przewyższa dotychczasowe wyniki innych niezależnych importerów, którzy celowali raczej w maksymalnie kilkaset sztuk danego modelu.

    Konkretne modele na celowniku

    Niemiecka platforma chce importować konkretne modele. Z portfolio Xiaomi będą to SU7 i YU7 we wszystkich wariantach. Ponadto w planach są Zeekr 8X i 9X, modele Avatr (06, 07, 11 i 12) oraz Jetour Dashing, X70 i T2.

    Nie jest jasne, czy plany te nie będą kolidować na poziomie Unii Europejskiej z działalnością polskiego Asian Automotive Distribution Center (AADC), które również interesuje się modelami Jetour. Sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że właściciel portalu CarNewsChina już sprowadza do Europy samochody Xiaomi.

    Ryzyko i wyzwania związane z importem

    Eksperci zwracają uwagę na szereg potencjalnych problemów, które mogą czekać na nabywców aut sprowadzanych poza oficjalnym kanałem. Jednym z kluczowych jest kwestia homologacji i gwarancji.

    Jak wskazują analizy innych platform zajmujących się importem, ceny widoczne w ogłoszeniach często nie uwzględniają wszystkich kosztów. Dochodzą do nich: VAT, cło (10%), oraz unijna surtaksa, która dla niektórych marek może sięgać nawet 35%. Dodatkowo, chińskie samochody korzystają ze złącza ładowania GB/T, które jest niekompatybilne z europejskim standardem CCS. Zakup niezbędnego adaptera to dodatkowy wydatek rzędu kilkuset euro.

    Innym problemem jest ryzyko utraty gwarancji producenta, a także potencjalne trudności z systemem infotainment, który może działać tylko w języku chińskim. Mimo to, jeśli Autohelden uruchomi własną sieć serwisowo-gwarancyjną, może to okazać się kluczowym atutem.

    Plany Xiaomi na Starym Kontynencie

    Sam producent wyraźnie dystansuje się od działań niemieckiego importera i zapowiada zdecydowane kroki prawne. Jednak unijne prawo daje Xiaomi na razie niewielkie pole manewru.

    Xiaomi planuje oficjalne wejście na rynek europejski w 2027 roku. Do tego czasu może mieć związane ręce w walce z nieoficjalnym importem. Jak zauważają redaktorzy portalu Elektrowoz, jeśli Autohelden zbuduje solidną sieć dealerską i serwisową, może za rok okazać się dla chińskiego producenta partnerem pierwszego wyboru, jeśli chodzi o placówki sprzedaży.

    Sytuacja pokazuje, że unijne regulacje dotyczące homologacji mogą być skutecznie wykorzystywane przez niezależnych importerów, co stwarza szansę na wprowadzenie na rynek modeli, które oficjalnie nie są jeszcze dostępne w Europie.

  • Fotele zero gravity na celowniku chińskiego regulatora. Kolejny modny gadżet do wycięcia?

    Fotele zero gravity na celowniku chińskiego regulatora. Kolejny modny gadżet do wycięcia?

    Chiński regulator motoryzacyjny bierze pod lupę jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli luksusu w nowoczesnych crossoverach – fotele zero gravity. Chodzi o siedzenia, które można rozłożyć do pozycji prawie leżącej, reklamowane jako przestrzeń relaksu w samochodzie. Ministerstwo Przemysłu i Technologii Informacyjnych (MIIT) ostrzegło, że w pozycji półleżącej bezpieczeństwo pasażerów w razie kolizji może nie być gwarantowane.

    Półleżąca wygoda a ochrona w zderzeniu

    Producenci chętnie chwalą się tym rozwiązaniem, zwłaszcza w droższych chińskich SUV-ach i elektrykach, a także w wybranych modelach oferowanych w Polsce. Jednak z punktu widzenia inżynierii bezpieczeństwa pojawia się poważny problem. Klasyczny układ pasów bezpieczeństwa i poduszek powietrznych został zaprojektowany do ochrony pasażera w pozycji siedzącej. Gdy fotel jest mocno odchylony, ciało nie pracuje w osi przewidzianej przez standardowe pasy. W razie nagłego hamowania lub kolizji ochrona może być znacznie gorsza, a pasażer narażony na poważniejsze obrażenia.

    Ministerstwo rozpoczęło publiczne zbieranie uwag do nowych przepisów dotyczących bezpieczeństwa foteli samochodowych. Konsultacje społeczne potrwają do 25 lipca 2026 roku. W tym samym projekcie regulator zajmuje się także kwestiami recyklingu akumulatorów, w tym demontażu i rozdrabniania ogniw. To jeszcze nie zakaz, ale wyraźny sygnał, że regulator chce ograniczyć ryzyko.

    Co może się zmienić?

    Wśród rozważanych rozwiązań są dwa główne kierunki. Pierwszy to mocowanie pasów bezpieczeństwa bezpośrednio do fotela – wtedy pas poruszałby się razem z siedzeniem i lepiej dopasowywał do pozycji pasażera. Drugi, bardziej radykalny, to blokada głębokiego rozkładania fotela podczas jazdy. Samochód pozwalałby na pełny relaks tylko na postoju. Dla marketingu to cios, ale z perspektywy bezpieczeństwa – logiczne ograniczenie.

    Nie tylko fotele: yoke, jazda jednym pedałem i klamki

    Fotele zero gravity to nie jedyna funkcja, która znalazła się na celowniku chińskiego regulatora. Pod lupą są także kierownice typu yoke, które zastępują klasyczne koło. W sytuacjach awaryjnych kierowca może nie mieć wyuczonych odruchów, a odruchów nie aktualizuje się zdalnie jak oprogramowania. Ministerstwo przygląda się również jeździe jednym pedałem – funkcji, która przy odpuszczeniu gazu mocno hamuje samochód dzięki rekuperacji. Obawy budzi to, że kierowcy mogą zbyt mocno polegać na elektronice i reagować wolniej, gdy potrzebne jest klasyczne hamowanie.

    Osobnym przykładem są wpuszczane klamki drzwi z elektrycznym wysuwaniem. Chińskie władze już podjęły decyzję – od 1 stycznia 2027 roku nowe samochody będą musiały mieć w takich klamkach mechaniczne rozwiązanie awaryjne, które pozwoli otworzyć drzwi nawet przy braku zasilania. To pokazuje zmianę podejścia: design nie może utrudniać dostępu do wnętrza w razie wypadku. To już kolejny krok po zapowiedzianym zakazie montażu wysuwanych klamek bez awaryjnego otwierania.

    Co dalej?

    Po zakończeniu konsultacji 25 lipca ministerstwo podejmie decyzję o ewentualnych ograniczeniach lub wymogach konstrukcyjnych. Jeśli regulator uzna, że fotele zero gravity stanowią zagrożenie, producenci będą musieli przeprojektować siedzenia lub zrezygnować z funkcji pełnego rozkładania podczas jazdy.

    Chiński rynek motoryzacyjny jest jednym z najszybciej wprowadzających nowe rozwiązania, które później trafiają do samochodów eksportowanych do Europy – także do Polski. Dlatego decyzje zapadające w Pekinie mogą mieć wpływ na to, jakie fotele i jakie funkcje znajdziemy w nowych autach w salonach w Warszawie czy Krakowie. Na razie jedno jest pewne: wygoda przestaje być argumentem, który usprawiedliwia ryzyko.

  • Szwajcaria szykuje dodatkową opłatę dla turystów. Przejazd do Włoch może podrożeć

    Szwajcaria szykuje dodatkową opłatę dla turystów. Przejazd do Włoch może podrożeć

    Planujesz wakacyjny wyjazd samochodem do Włoch albo nad Lazurowe Wybrzeże? Trasa przez Szwajcarię, która do tej pory wymagała jedynie zakupu winiety, może wkrótce wiązać się z dodatkowym wydatkiem. Szwajcarski parlament poparł bowiem projekt wprowadzenia opłaty tranzytowej dla zagranicznych kierowców, którzy przejeżdżają przez kraj bez noclegu.

    Dodatkowa opłata nałożona na tranzyt

    Obecnie każdy kierowca korzystający ze szwajcarskich autostrad musi mieć winietę. Kosztuje ona 40 franków szwajcarskich (ok. 44 euro) rocznie – to jedna z najniższych stawek w Europie. Nowa opłata miałaby być pobierana niezależnie od winiety i dotyczyć przede wszystkim osób, które traktują Szwajcarię wyłącznie jako drogę tranzytową – jadących na południe Europy, np. z Polski czy Niemiec do Włoch.

    Według doniesień kwota opłaty miałaby wynosić około 21 franków szwajcarskich (ok. 23 euro) za jeden przejazd. W dyskusjach pojawia się także możliwość uzależnienia stawki od natężenia ruchu – wyższe opłaty w szczycie sezonu, niższe poza nim. Ostateczna wysokość nie została jeszcze przesądzona. Pomysł poparło pięć szwajcarskich partii politycznych, które złożyły wnioski w tej sprawie.

    Kamery zamiast szlabanów

    Kluczowym elementem systemu ma być automatyczna kontrola. Kamery skanujące tablice rejestracyjne rejestrowałyby moment wjazdu do Szwajcarii i wyjazdu z niej. Jeśli pojazd opuści kraj w krótkim czasie – np. w ciągu 12 godzin – bez zatrzymania się na nocleg, kierowca zostałby obciążony opłatą tranzytową. Rozwiązanie to ma odróżniać turystów odwiedzających Szwajcarię od tych, którzy tylko przez nią przejeżdżają.

    Głosowanie w parlamencie było zdecydowane – izba niższa (Rada Narodowa) przyjęła projekt stosunkiem głosów 173 do 13, po wcześniejszym poparciu drugiej izby. Pełne wdrożenie wymaga jeszcze opracowania szczegółów przez ministra transportu Alberta Rösti.

    Cel: mniej korków w Alpach

    Szwajcarscy politycy tłumaczą pomysł potrzebą ograniczenia ruchu tranzytowego, zwłaszcza w rejonie tunelu św. Gotarda. To najdłuższy tunel drogowy w Alpach – w 2024 roku przejechało nim około 7,1 miliona pojazdów. Szacuje się, że około jednej trzeciej ruchu samochodowego przez Alpy to ruch tranzytowy bez zatrzymywania się w Szwajcarii. Alternatywną trasą jest 6,1-kilometrowy tunel San Bernardino, drugie kluczowe połączenie między północą a południem kraju.

    W okresach świątecznych i wakacyjnych przed tunelem św. Gotarda regularnie tworzą się wielokilometrowe zatory, utrudniające życie mieszkańcom kantonu Uri.

    „To mieszkańcy są dziś dyskryminowani, ponieważ nie mogą normalnie dojechać do pracy ani wrócić do domu” – mówił Simon Stadler, parlamentarzysta z kantonu Uri, cytowany przez szwajcarskie media. Jego zdaniem nowa opłata ograniczyłaby ruch tranzytowy i poprawiła komfort życia lokalnej społeczności. Stadler dodał, że opłata oznaczałaby wyższe stawki w dni świąteczne i weekendy oraz niższe, gdy w ciągu tygodnia nie ma korków.

    Przeszkody prawne i wątpliwości

    Projekt wzbudza jednak poważne zastrzeżenia prawne. Może naruszyć umowę Szwajcarii z Unią Europejską, która gwarantuje równy dostęp do dróg dla wszystkich obywateli UE. Ministerstwo Transportu przyznaje, że wdrożenie systemu wymagałoby negocjacji z Brukselą, ale nie wyklucza, że projekt może zostać zaakceptowany.

    Organizacje motoryzacyjne, w tym Touring Club Switzerland (TCS), krytykują pomysł, wskazując na ryzyko dyskryminacji zagranicznych kierowców, wzrost biurokracji i komplikacje techniczne. Przypominają też, że w 2024 roku parlament odrzucił podobną propozycję opłat za przejazd tunelem Gottharda.

    Część ekspertów wątpi, czy dodatkowa opłata faktycznie skłoni kierowców do zmiany trasy. Dla wielu przejazd przez Szwajcarię pozostaje najkrótszą i najwygodniejszą drogą na południe – objazdy przez Austrię czy Francję oznaczają więcej kilometrów i wyższe koszty paliwa.

    Co dalej?

    Termin wejścia w życie nowych przepisów nie został jeszcze określony. Minister transportu Albert Rösti ma przygotować szczegółowe rozwiązania, które muszą być zgodne z umowami z Unią Europejską i uwzględniać kwestie techniczne.

  • 500 tys. km bez ładowania. Mitsubishi Outlander PHEV pokazuje, na co uważać przy zakupie używanej hybrydy

    500 tys. km bez ładowania. Mitsubishi Outlander PHEV pokazuje, na co uważać przy zakupie używanej hybrydy

    Holenderski egzemplarz Mitsubishi Outlander PHEV z 2014 roku przejechał już ponad pół miliona kilometrów. Jego mechanika – silnik spalinowy i skrzynia biegów – jest w zaskakująco dobrym stanie jak na ten przebieg. Jest jednak jeden poważny problem: akumulator trakcyjny ma tylko 64,3% swojej pierwotnej pojemności. A wszystko przez to, że właściciel… prawie nigdy nie ładował auta z gniazdka.

    Hybryda, która jeździła głównie na benzynie

    Albert Hendriks kupił Outlandera w 2017 roku, gdy licznik wskazywał niespełna 80 tys. km. Dziś auto ma za sobą nieco ponad 500 tys. km. Właściciel przyznaje, że od początku nie kierował się technologią hybrydową – wybór padł na ten model głównie ze względu na wygląd i wyposażenie, które spodobały się jego partnerce.

    Po zakupie kilkakrotnie próbował ładować, ale szybko dał sobie spokój. Do stacji musiał iść pieszo, a rachunek uznał za zbyt wysoki. Przez resztę czasu Mitsubishi napędzane było prawie wyłącznie benzyną, a pakiet trakcyjny czerpał energię głównie z rekuperacji lub pracy silnika spalinowego. Średnie spalanie wynosi ok. 8,3 l/100 km – wynik daleki od ideału hybrydy plug-in.

    Bateria po latach jazdy bez prądu

    Diagnostyk Joep Schuurman sprawdził auto testerem Aviloo. Już podczas jazdy zauważył, że układ ładowania nie działa prawidłowo. Pomiar wykazał 64,3% SoH dla pakietu o pojemności 12 kWh. To oznacza, że bateria straciła już ponad jedną trzecią swojej żywotności.

    Według diagnosty to właśnie akumulator jest najpoważniejszym problemem tego egzemplarza. Auto potrzebuje minimalnej sprawności pakietu, by prawidłowo funkcjonować, więc dalsza eksploatacja może wkrótce wymagać kosztownej naprawy lub wymiany baterii. Sam właściciel nie spodziewał się takiego wyniku – jego zdaniem samochód nadal jeździ normalnie. Funkcja ładowania baterii podczas jazdy już nie działa, więc układ hybrydowy nie ma pełnej sprawności.

    Silnik i skrzynia – pozytywne zaskoczenie

    Choć akumulator jest w opłakanym stanie, reszta mechaniki trzyma się wyjątkowo dobrze. Diagnosta ocenił, że silnik i przekładnia nie sprawiają wrażenia części po przebiegu ponad pół miliona kilometrów. Lista usterek serwisowych nie jest krótka, ale przy takiej liczbie przejechanych kilometrów nie wygląda katastrofalnie: wymiany hamulców, opon, świec, akumulatora 12 V, amortyzatorów, mocowań jednostki, silnika wycieraczek i systemu nawigacji. Były też naprawy katalizatora, ogrzewania oraz uszkodzenia blacharskie.

    Aktualne problemy to zużyte wnętrze, brakujące elementy, skrzypienie i stuki, ściąganie w prawo, głuche odgłosy z przedniego zawieszenia, przeciekający korek miski olejowej. Najpoważniejszą pozycją pozostaje jednak uszkodzony akumulator wysokonapięciowy.

    Właściciel: „Nie wiedziałem, że to hybryda z akumulatorem”

    W rozmowie z holenderskim magazynem Autoweek Albert Hendriks mówi wprost:

    Na początku nawet nie wiedziałem, że to hybryda z akumulatorem do ładowania. Bardziej przyciągnął mnie wygląd i komfort. Nie znam się na tym, bo nie jestem fanem samochodów.

    Dziś narzeka też na koniec preferencyjnego traktowania podatkowego. Podatek od prywatnego użytkowania wynosi obecnie prawie 350 euro co kwartał, czyli około 1486 zł. Wcześniejsze lata przyniosły mu jednak niższe obciążenia, a wydatki na serwis uważa za rozsądne. Mimo problemów z baterią nie zamierza od razu rezygnować z auta – chce jeździć dalej i poszukać nowego albo regenerowanego akumulatora. Uważa, że samochód nadal jest tego wart.

    Czego uczy ten przypadek?

    Historia tego Outlandera to przestroga dla każdego, kto rozważa zakup używanego PHEV. Przebieg nie jest jedynym wyznacznikiem stanu technicznego – kluczowe znaczenie ma to, czy poprzedni właściciel regularnie ładował baterię, jak działa układ odzysku energii i jaka jest faktyczna kondycja akumulatora trakcyjnego. Nawet auto sprawiające wrażenie sprawnego może skrywać problemy, które wyjdzie na jaw dopiero podczas profesjonalnej diagnostyki.

    W tym Mitsubishi spalinowa część napędu świetnie zniosła ogromny przebieg, ale wysokonapięciowa bateria uległa degradacji z powodu wieloletniej jazdy bez regularnego ładowania. Dla kupującego używanego plug-ina płynie z tego jasny wniosek: samo gniazdo ładowania nie jest dowodem na to, że auto było użytkowane zgodnie z przeznaczeniem.

    Plany właściciela

    Albert nie zamierza od razu rezygnować z Mitsubishi. Chce nadal jeździć i poszukać nowego lub regenerowanego akumulatora. Uważa, że samochód nadal jest tego wart. Podobne historie nie są wyjątkiem – szczególnie w Holandii, gdzie w latach 2013–2015 zarejestrowano ponad 26 tys. Outlanderów PHEV, z których wiele po dostawie rzadko było podłączanych do prądu. Od 2023 roku nowe auta w Europie są wyposażane w pokładowy monitor zużycia paliwa OBFCM, co ma umożliwić Unii Europejskiej zbieranie dokładniejszych danych o rzeczywistej konsumpcji. Starsze modele, jak ten Outlander, już do tych statystyk nie trafią.

  • UOKiK ujawnia: Toyota, Stellantis i Volkswagen na czele skarg na nowe auta – co z tego wynika?

    UOKiK ujawnia: Toyota, Stellantis i Volkswagen na czele skarg na nowe auta – co z tego wynika?

    Niemal dwie trzecie skarg na nowe samochody w 2025 roku dotyczyło zaledwie trzech podmiotów

    Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów opublikował dane, które rzucają nowe światło na problemy polskich nabywców nowych aut. W 2025 roku odnotowano około 125 skarg związanych ze sprzedażą nowych pojazdów. Co istotne, blisko dwie trzecie z nich – około 80 zgłoszeń – przypadło na Toyotę, marki grupy Stellantis oraz Volkswagena.

    Jak poinformował Maciej Chmielowski z Zespołu Prasowego UOKiK, w zgłoszeniach najczęściej pojawiały się zarzuty o usterki, brak pełnych informacji o pojeździe przed transakcją oraz przerzucanie odpowiedzialności między producentem, dystrybutorem a dealerem.

    „W 2025 r. odnotowaliśmy łącznie ok. 125 skarg dotyczących sprzedaży nowych samochodów. Najczęściej dotyczyły wad pojazdów, nieinformowania o cechach sprzedawanych aut oraz przerzucania odpowiedzialności za wady pomiędzy producentem, dystrybutorem i dealerem” – przekazał Maciej Chmielowski.

    Który producent zbiera najwięcej zgłoszeń? Liczby są jednoznaczne

    Urząd podał przybliżone zestawienie:

    • Toyota – 35 skarg, najwięcej spośród wszystkich producentów
    • Marki Stellantis – ok. 25 skarg (łącznie dla Citroëna, Peugeota, Opla, Fiata, Jeepa, Alfy Romeo, Leapmotor i DS Automobiles)
    • Volkswagen – ok. 20 skarg
    • Pozostali producenci i dystrybutorzy – ok. 45 skarg

    Warto zaznaczyć, że Toyota i Volkswagen są ujęte jako pojedyncze marki, a Stellantis odpowiada zbiorczo za kilkanaście brandów. Urząd nie podał bardziej szczegółowego podziału na konkretne modele czy silniki.

    Co ciekawe, Toyota była jednocześnie najchętniej kupowaną marką w Polsce w 2025 roku – według danych IBRM Samar zarejestrowano 92 123 nowe auta tej marki. To naturalnie może zwiększać liczbę potencjalnych zgłoszeń, ale samo w sobie nie wyjaśnia specyfiki problemów.

    Nie tylko wada, ale i sposób jej obsługi

    Dane UOKiK pokazują, że źródłem frustracji klientów nie zawsze jest sama usterka. Równie poważnym problemem okazuje się brak jasnej informacji przed zakupem oraz sytuacja, w której dealer, dystrybutor i producent wskazują siebie nawzajem jako odpowiedzialnego za rozwiązanie sprawy. To wydłuża cały proces i zmusza właściciela pojazdu do wielomiesięcznej korespondencji.

    Urząd wyjaśnił, że w przypadku sygnałów dotyczących wad nowych pojazdów rejestruje przede wszystkim producenta lub dystrybutora, a nie konkretnego dealera. Nie oznacza to jednak, że to on ponosi odpowiedzialność względem klienta. Przy reklamacji z tytułu niezgodności towaru z umową odpowiedzialnym podmiotem jest sprzedawca, czyli najczęściej firma dealerska widniejąca na fakturze.

    Twoje prawa: dealer nie może cię odesłać do producenta

    Jeśli kupiłeś nowy samochód i pojawiły się problemy, pamiętaj o podstawowych zasadach:

    • Reklamację z tytułu niezgodności towaru z umową kieruj do sprzedawcy (dealera).
    • Sprzedawca ma 14 dni na odpowiedź – brak odpowiedzi oznacza uznanie reklamacji.
    • Odpowiedzialność sprzedawcy trwa dwa lata od dnia wydania auta.
    • W pierwszej kolejności możesz żądać naprawy lub wymiany – w określonych sytuacjach także obniżenia ceny lub odstąpienia od umowy.

    Dealer nie może odmówić przyjęcia reklamacji tylko dlatego, że za konstrukcję odpowiada producent. W razie problemów warto zwrócić się do miejskiego lub powiatowego rzecznika konsumentów lub do Inspekcji Handlowej, która prowadzi mediacje i postępowania przed sądami polubownymi.

    UOKiK przypomina też, że w przypadku dobrowolnej gwarancji zakres odpowiedzialności zależy od jej warunków – gwarantem może być producent, importer lub inny podmiot. Szczegółowe informacje i wzory pism dostępne są na oficjalnym serwisie Prawa konsumenta UOKiK.

    Co wynika z tych danych?

    Zestawienie UOKiK nie pozwala ocenić, która marka produkuje najbardziej awaryjne auta. Pokazuje jednak, że jakość obsługi reklamacji i przejrzysty podział odpowiedzialności pozostają poważnym wyzwaniem na polskim rynku nowych samochodów. Konsumenci mają prawo oczekiwać, że przedsiębiorcy sami ustalą między sobą, kto odpowiada za defekt – zamiast przerzucać to na klienta.

  • Wrak na parkingu stoi miesiącami. Gmina patrzy i… nic nie robi

    Wrak na parkingu stoi miesiącami. Gmina patrzy i… nic nie robi

    Stary samochód bez tablic, z przebitymi oponami i korozją na nadwoziu – dla mieszkańca to oczywisty wrak do natychmiastowego usunięcia. Dla urzędu gminy to jednak początek długiej, kosztownej procedury, która wcale nie gwarantuje sukcesu. Dlatego porzucone auta potrafią blokować miejsca parkingowe latami.

    Wrak a „nieużywany pojazd” – kluczowa różnica

    Nie każdy zaniedbany samochód kwalifikuje się jako wrak w świetle prawa. Jak przypominają eksperci z kancelarii Derlikowski Domalewski Adwokaci, podstawą do usunięcia pojazdu z drogi publicznej, strefy zamieszkania lub strefy ruchu jest art. 50a Prawa o ruchu drogowym. Dotyczy on aut pozostawionych bez tablic rejestracyjnych lub których stan wskazuje, że nie są używane. To służby – straż gminna, miejska lub policja – decydują na podstawie oceny wizualnej. Sam brak silnika nie wystarczy, jeśli karoseria jest zadbana.

    Problem pojawia się, gdy wrak stoi na terenie prywatnym, np. na osiedlowym parkingu niestanowiącym drogi publicznej ani oznakowanej strefy ruchu. Wtedy art. 50a nie działa. Służby mogą interweniować wyłącznie, gdy pojazd zagraża bezpieczeństwu – np. ma rozbite szyby lub wyciekające płyny. W pozostałych przypadkach zarządca terenu (wspólnota, spółdzielnia) musi działać na własną rękę.

    Gminy obawiają się kosztów i formalności

    Jak wynika z analizy procedur przez Komendę Miejską Policji w Gliwicach, usunięcie wraku z drogi publicznej wymaga kilkuetapowego postępowania: ustalenia właściciela, wezwania go do dobrowolnego usunięcia, a dopiero potem wydania dyspozycji odholowania. Cały proces – od zgłoszenia do utylizacji – może zająć od 12 do 18 miesięcy, jak przyznaje Sławomir Dragański z Miejskiego Zarządu Dróg w Sochaczewie.

    Miasto ponosi koszty holowania i przechowywania auta na parkingu strzeżonym. Jeśli właściciela nie uda się znaleźć lub ten nie odbierze pojazdu przez 6 miesięcy, auto przechodzi na własność gminy. Dopiero wtedy miasto może je zezłomować, ale wcześniej musi opłacić polisę OC i dopełnić kolejnych formalności. W praktyce, jak wskazuje portal Nowiny Komornickie, odzyskanie wydatków od właściciela bywa niemożliwe.

    Skala problemu – liczby mówią same za siebie

    Straż Miejska w Krakowie od początku roku usunęła z przestrzeni miejskiej 1311 nieużytkowanych pojazdów – część trafiła na parking, resztę właściciele usunęli sami. W Poznaniu w okresie od stycznia 2023 do czerwca 2024 zlikwidowano 878 wraków, z czego 604 przekazali do demontażu sami właściciele. W 2017 roku w samej Warszawie interweniowano wobec 2500 porzuconych aut.

    Dane z Poznania pokazują, że problem ma tendencję spadkową – w 2018 roku odnotowano 1214 wraków, w 2023 już 612, a w pierwszej połowie 2024 roku 266. Mimo to, jak podkreśla Przemysław Piwecki, rzecznik Straży Miejskiej w Poznaniu, każde zgłoszenie wymaga zachowania ściśle określonej procedury.

    Dodatkowe utrudnienia: obcokrajowcy i nieaktualne dane

    W miastach przygranicznych, jak Hrubieszów, problemem są samochody zarejestrowane na współwłasność polsko-ukraińską, które po wyjeździe właścicieli pozostają porzucone. Tomasz Wdowiak, komendant Straży Miejskiej w Hrubieszowie, nazywa to „drogą przez mękę” dla właścicieli działek.

    Kolejne wyzwanie to nieaktualne dane w Centralnej Ewidencji Pojazdów. Sprzedawane auta nie zawsze są przepisywane, więc po latach to poprzedni właściciel figruje w systemie, nie mając już dokumentów sprzedaży.

    Co robią samorządy?

    Władze Sochaczewa przygotowują pismo do premiera Donalda Tuska z apelem o zmianę przepisów. Burmistrz Daniel Janiak podkreśla, że obecne regulacje są czasochłonne, wymagają stosowania kilku ustaw i generują duże koszty, choćby przez obfitą korespondencję. Apelować mają też inne jednostki samorządu terytorialnego.

    Poseł Marek Rząsa w 2021 roku proponował m.in. skrócenie 6-miesięcznego terminu przechowywania pojazdu do 3 miesięcy oraz rozszerzenie art. 50a na parkingi i działki gminne. MSWiA uznało wówczas, że zmiany są niepotrzebne, bo gminy mają narzędzia – ale ich stosowanie w praktyce okazuje się kosztowne i żmudne.

    Co może zrobić mieszkaniec?

    Jak radzi policja z Gliwic, jeśli wrak stoi na drodze publicznej, można zgłosić sprawę straży miejskiej (nr alarmowy 986) lub policji. Gdy teren jest prywatny, zarządca może oznakować go jako strefę ruchu – wtedy służby zyskają podstawę do interwencji. W przypadku zagrożenia bezpieczeństwa auto można usunąć natychmiast.

    Problem wraków to nie tylko kwestia estetyki, ale przede wszystkim – marnowanie cennych miejsc parkingowych, których w polskich miastach i tak brakuje.